piątek, 9 marca 2018

Spotkanie autorskie w Dzień Kobiet dla kobiet

Na zaproszenie Prezes Centrum Aktywizacji Seniorów w Czarkowie, p. Grażyny Kicińskiej, miałam przyjemność prezentować własną, niekoniecznie radosną twórczość; w miłej, przyjaznej  atmosferze, przy lampce szampana i smacznym ciachu. Ale i trochę radości  udało mi się wskrzesić, czytając własnej produkcji monolog.


Spotkanie zaszczycił swoją obecnością Starosta Czarnkowa p. Tadeusz Teterus




Monolog o psie rodem z windy.

Od kilku dni mieszkam w bloku tzw. ful wypas, na czwartym piętrze. Winda już od garażu, domofon i takie tam inne. Sąsiedzi też póki co nie zaleźli za skórę, a pomogli wnosić do windy a i do domu pudła i nie tylko. Szybko się ogarnę, pomyślałam zadowolona i zabrałam się za porządki. Zdążyłam rozpakować kilka pudeł, ułożyć zawartość w odpowiednich miejscach, gdy usłyszałam w domofonie chłopięcy falsecik.
– Bardzo proszę odblokować windę. Wystarczy tylko nacisnąć… Nie mogę jej uruchomić. Stoi na czwartym...
– Ja też nie wiem, czy mi się uda, może trzeba mechanika… – zasugerowałam grzecznie.
– Ale niech pani chociaż spróbuje.
No dobrze, pomyślałam. Nic to nie szkodzi spróbować. A nóż się uda. Winda w końcu blisko. A muszę podkreślić, że jestem bardzo uczynną osobą. Wyszłam i skierowałam swe kroki wprost do winy. Nacisnęłam guziczek, drzwi windy otworzyły się bez problemu, i włosy stanęły mi dęba. Na wprost mnie szczerzył żółte kły rotwailer. Wielkie bydlę. Sam na dodatek, bez właściciela. O mój Boże! Rotwailer! Zagryzie jak nic.
Zrobiłam w tył zwrot i zamiast wprost do domu, doskoczyłam schodów, które były bliżej i skacząc w popłochu po dwa stopnie, zbiegłam co sił w nogach na parter. No, totalny odpał, ale to wszystko przez to przerażenie.
Kiedy już dopadłam drzwi wejściowych, kilku chłopaczków, nastoletnich paskudów, zanosząc się śmiechem, rozpierzchło się na wszystkie strony świata. No dobra. Chłopcy lubią robić psikusy, wytłumaczyłam sobie i popłoch minął. No, może nie do końca, bo jednak nie odważyłam się wejść do windy, bo i licho wie, co takie paskudy mogły jeszcze wymyśleć. Czujnie i powolutku weszłam po schodach na to swoje czwarte piętro. Odsapnęłam, po czym oniemiałam, nie wierząc własnym oczom. Otóż na mojej wycieraczce, rozciągnięty na całą jej długość, leżał ten wielki przyjemniaczek z windy rodem. Łypnął na mnie okiem i zdawało mi się, że nawet przyjaźnie. Chwilę postałam nieruchomo w odpowiedniej odległości, chwytając oddech, bo i licho wie, czy przyjaźnie łypał, aż tak to się nie znam na psach, po czym zbliżyłam się niepewnie i przemówiłam chytrze i pieszczotliwie:
– Odejdź, piesku, proszę, odejdź z mojej wycieraczki. Ja muszę wejść do domu…
Nic. Łypał na mnie nadal.
– Odejdź, piesku… piesiuniu – poprosiłam grzeczniutko, ułożonym tonem.
Nic. Ani drgnął. Wyjęłam z kieszeni fartuszka cukierka, bo zawsze podjadam słodycze w czasie pracy i kucając, podsunęłam mu pod nos. Chwycił cukierka w swoje długie zębiska i aż się rozczuliłam, że tak bardzo delikatnie. Pies obwąchał mi rękę, polizał ją, i w nagrodę wstał. Otworzyłam więc drzwi, a na co on tylko czekał, bo jednym susem wpadł do mojego mieszania i rozgościł się na kanapie. No…. jeszcze lepiej! I co teraz?! – pomyślałam przez chwilę, i wpadłam na genialny pomysł, że napiszę i wydrukuję kilka, czy też kilkanaście ogłoszeń typu – znaleziono psa rasy…. itd.  Właściciel proszony pod numer mieszkania nr.10, i je porozwieszam i tu i ówdzie. Również na drzwiach windy. Było nie było – pies rodem z windy. Tak też zrobiłam, przysiadając przy komputerze pod czujnym okiem psa. Napisałam co potrzeba, wdrukowałam, ale nie dało rady wyjść z domu. Za każdym razem (a prób było kilka), gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, pies ruszał za mną, zeskakując z kanapy i je skutecznie blokował.
         – Złociutki, nie rozumiesz tego? Ja muszę wyjść w twojej sprawie. W twojej! – zaakcentowałam.
Nie rozumiał. Nic a nic.
– Cukiereczka?? – wpadłam na genialny pomysł, wyjmując z kieszonki „Michałka”.
Rzeczywiście pomysł był przedni. Pies uwielbiał „Michałki”, podobnie jak ja. I jak ja nie zaspakajał się po jednym, czy dwóch, to był tylko zaczyn. Owszem, wstawał posłusznie, i jak na komendę, czekał aż mu podam słodycz i wracał na kanapę. Kilka razy powtórzyłam ten zabieg i w końcu pies z windy rodem, pozostał już na kanapie, czując się najwyraźniej nasycony, a ja spokojnie wyszłam z domu, dzierżąc w dłoni kilkanaście ogłoszeń. Pierwsze przykleiłam na drzwiach winy, a następne na pobliskich drzewach, wokół mego bloku i dalej, a także na drzwiach sklepu, gdzie poszłam po ulubione słodycze mojego już niemal psa, który zadomowił się jak nic na mojej kanapie i już nie miałam pewności, czy zechce z niej zejść. Chyba tylko po słodycze.
Schodził, okazało się również wtedy, gdy mnie wyczuł pod drzwiami, czy może też wyczuł te cukierki, co to zakupiłam. Przywitał mnie z zadowoleniem, merdając ogonem. Pogłaskałam go, podałam cukierka, a on spojrzał mi przymilnie w oczy i wrócił na swoją ulubioną kanapę. Usiadłam obok a on z  tej uciechy zaczął mnie znowu namiętnie lizać po obu już rękach, po czym nieoczekiwanie oblizał mi twarz szerokim, różowym jęzorem. Rozczuliłam się kompletnie i podałam mu tym razem krówkę ciągutkę. Prawie skleiła mu zęby… No trudno. Podczas gdy pies wywijał mordą na wszystkie strony, ja zaczęłam rozpakowywać resztę pudeł. I w tym momencie usłyszałam dzwonek u drzwi. Pies zerwał się z kanapy i zaczął wściekle ujadać z nosem przy samych drzwiach.
– Odejdź – poprosiłam, podając mu następną ciągutkę, którą tym razem od razu łyknął, co skutkowało tym, że nie skleiła mu zębów, i grzeczniutko wrócił na kanapę, rozciągając się na niej z lubością. Przestał też szczekać bardzo ukontentowany. Ja również.
– Do..o..o..bry piesek! – pochwaliłam przedwcześnie i pośpieszyłam otworzyć drzwi.
 Ja w sprawie ogłoszenia… To mój pies, wabi się Zbój, pani go odda – wydarł się falsetem jakiś młody pryszczaty.
Zbój na widok młodego obnażył kły i zawarczał jak przystało na zbója. Tyle, że z kanapy.
– Ależ proszę bardzo, zawołaj go, i znikajcie obaj, bo mam sporo roboty – powiedziałam twardym głosem, wietrząc już kłopoty.
– Zbój! Do nogi! – wrzasnął pryszczaty.
Nic. Pies ani drgnął. Patrzył mi w oczy. Mnie, rozumiecie? Mnie, obcej kobiecie!
– Zbój! Idziemy! No dalej, szybko! – zdenerwowała się chłopaczyna.
Zbój zawarczał i ani myślał się ruszyć. Nadal suszył kły.
Młody zbliżył się do psa, na co spojrzałam ze zgrozą, bo naniósł mi błota na jasny dywan, a z jeszcze większą zgrozą ujrzałam, jak Zbój już niemal rzuca się pryszczatemu do gardła. Podałam mu szybko krówkę ciągutkę i uspokoił się na chwilę. Ale tylko na chwilę. Młody znowu próbował przywołać Zbója do posłuszeństwa, na co on udziabał go w nogę, a właściwie i konkretnie to w udo. Dobrze, że nie wyżej. Młodzian odskoczył w tył i rozwrzeszczał się na cały blok, a pies rozszczekał się tak, że pod moje drzwi zbiegły tabuny sąsiadów. Jak nic, zaraz pojawi się policja! Że niby maltretuję dziecko. Ludzie walili w drzwi, więc musiałam je zakluczyć, bo Zbój gotowy był i ich zagryźć. Póki co ujadał zaciekle, chłopak darł się histerycznie, a ja podawałam psu aż po dwa cukierki naraz, myśląc z niepokojem, że kończą się i Michałki i ciągutki, podobnie jak kończy się moja cierpliwość.
Niechby już ta policja przyszła! Ale nie! Gdzie tam. Im się nie śpieszy. Pewnie wszyscy na miesięcznicy, bo dzisiaj dziesiąty.
– Co pani zrobiła z moim psem? – Zawył tymczasem pryszczaty, trzymając się wciąż za uszkodzone udo swojej lewej nogi.
– Ja?? Nic. Uspokoiłam go, bo pewnie by cię zagryzł i tych za drzwiami. Proszę przyjść z ojcem lub matką, i koniecznie z kagańcem – powiedziałam stanowczym tonem i już było mi żal Zbója. Mógłby u mnie na tej kanapie zostać… Ja mam przecież swoje drugie wygodne łóżko w sypialni, a pryszczaty musi być bardzo złym młodzianem, skoro pies go nie lubi. Najwyraźniej się do niego nie upodobnił. Całkiem milutki psiunio.
Chłopak wzruszył ramionami. – Pani mi otworzy drzwi…
– A i owszem – odpowiedziałam.
Wyszedł. Minęło z pół godziny i rozległ się dzwonek u drzwi. Pewnie to pryszczaty z rodzicami. Ludzie już sobie poszli. I dobrze. Zbój wyraźnie źle reagował na obcych.  Okazało się, że nie tylko na obcych. Znowu zaczął ujadać wściekle, gdy tylko wyczuł kto dzwoni do drzwi, więc dałam mu cukierka, z przerażeniem stwierdzając, że to przedostatni i otworzyłam drzwi. Rzeczywiście było tak, jak pomyślałam. Do domu weszli właściciele psa nie wycierając butów; mężczyzna wagi ciężkiej  i pryszczaty.
– My po psa… – stwierdził obcesowo ten starszy, a potem wydukał też obcesowo – dzień dobry.
Kolejność ta, ani ton głosu, nie spodobały się ani mnie, ani psu.
         – Proszę go przywołać i znikajcie stąd – powiedziałam z westchnieniem, bo żal mi było psiny, co to tak namiętnie lizała mnie po rękach, jak nikt dotąd.
 – Zbój, do nogi! Idziemy! – wrzasnął starszy i zbliżył się do kanapy, na co pies najeżył się, a potem zeskoczył jednym susem ze swojego już niemal legowiska i dopadł najpierw jego uda, potem próbował dopaść gardła, ale ten był zbyt wysoki, więc dopadł piersi. Ciężar musiał być olbrzymi, bo mężczyzna zachwiał się i tylko miał szczęście, bo za nim stał dębowy stół z mocnymi nogami, na którym się wsparł, klnąc, aż mnię prawie uszy zwiędły. Mężczyzna był najwyraźniej jak na moje oko, wystraszony i wściekły, a ja musiałam zachować zdrowy rozsądek i wyjść jakoś z tej koszmarnej sytuacji. Wyjęłam więc ostatniego cukierka, wymachując nim w powietrzu.
– Proszę, piesku, weź… Bardzo dobra krówka…
Zbój złagodniał, chwycił cukierka i usiadł, tym razem przy mnie, dając wyraźnie znak, kto tu jest jego panem. Polizał mnie po ręce. Rozczuliłam się znowu, ale tak w sobie, w środku.
– No i co teraz? – spytałam niepewnie.
– Niech mu pani założy kaganiec! – odpowiedział starszy. – Co pani z nim zrobiła?! – krzyknął.
Wzruszyłam ramionami wstrząśnięta. Ja?! Ja coś zrobiłam!?
         – No niech mu pani założy… – niemal rozkazał, podając mi kaganiec.
         – Wrrrrrrrrrrrrr….. – Zdenerwował się Zbój, gdy ujrzał w wyciągniętej dłoni mężczyzny, kaganiec. Widać był na niego uczulony. Usiadł, przyczaił się, szykując do skoku. 
– To panu zaraz go założę! – odkrzyknęłam nerwowym tonem.
Mężczyzna wycofał się powolutku w stronę drzwi. Jego własny pies już miał wyćwiczone skoki i niechybnie teraz, dopadł by jego gardła.
– Trudno, widzę, że to bydlę za chwilę mnie pożre, nic tu po nas. Idziemy, synu. Pies stracony – powiedział, a ja odetchnęłam.
Nie miałam już cukierków. 





 


piątek, 29 września 2017

NAJWYŻSZY CZAS PRZENIEŚĆ FANTAZJE O ŻYCIU NA CODZIENNOŚĆ.


W powieści: " Co ja tu robię?" proza życia przeplata się z prozą poetycką.

 " Chwila zadumy uzbrojonej w tęczę. Zrodziła się po deszczu. Taka piękna…
Z oddali prześwitywało słońce. 
Jak nadzieja.
Przeszła przez most prowadzący na Wyspę – zieloną aż oczy bolą, wyspę nad cichą rzeką Gwdą, która się rozwidla i spokojnie płynie, zaledwie szumiąc. Rzeka, która nigdy nie wylewa, nie podtapia, nie rani, jest przyjazna…
I przyszła podpowiedź: – Do drzwi niedaleko, wystarczy wyjść i już nie wracać.
I jeszcze tylko rosnące cienie żalu…
Odwróciła twarz do słońca, przysiadając przy fontannie. Jeszcze chwilę, musi pomyśleć…
Musi pomyśleć…
Z oddali szmer rzeki i cichy bulgot wirów. 
Niemal się rozkoszowała ciepłą, słoneczną pieszczotą, wystawiając twarz na uderzenie gorących promieni.
Chwilę tak trwała z zamkniętymi oczyma, wdychając zapach rozbryzgującej się wody z fontanny, by skierować spojrzenie ku górze – błękitne niebo, na nim rozpostarł skrzydła ptak. Pod nim wstęga Gwdy – sprawia wrażenie nieruchomej, choć płynie. Jak życie; powoli, czasami mozolnie, pokonując przeszkody. Tej nie pokona, to złamane duże drzewo...
Już zero wątpliwości.
Wstała.
Przeszła raźnym krokiem ulicą Niepodległości, jakby to był doskonały jesienny dzień, nieróżniący się od innych, przecięła ją na ukos, spojrzała na przekwitające już, aczkolwiek zadbane klomby kwiatowe, przypominające zorzę, która podobno niesie nadzieję, jak mówiła mama, i doszła do Parku Miejskiego. To bliższa droga, na skróty. Pod nogami dzwonki szyszek, gęstwina kolorowych liści, przypominająca dywan w jej mieszkaniu, a w głowie rosnące jeszcze cienie żalu.
To koniec. Nie może być inaczej... Już postanowiła."




"Otworzyła po cichu drzwi do przybudówki mieszkania rodziców i weszła w mrok cichego pokoju. Opadła na fotel. Cisza…
Otuliła ją.
Cisza ma niewyczerpane siły.
Może być bezlitosna, jak towarzyszący jej stres, czy bolesny niepokój…
Może też być jak pieszczota dłoni, jak tęsknota za tym dotykiem. Ta, była jak tęsknota.
Kryształowe sztylety namiętności rozcięły promieniem barwne tęcze. Przypełzły fantastyczne kolorowe cienie i ogarnęły tańczącym światłem całe jej ciało, mózg, który się zakleszczył przedziwnie, przesączając jej własne słowa z niedawno ukończonej powieści: Pozostała miłość ukryta w związanych łańcuchem ciałach, miłość niedostępna. A przecież istnieje świat szalony? Tchnienie przyjęte i tchnienie odwzajemnione?
– Nie dla nas jednak, Heniek. Masz swoje życie, ja swoje – powiedziała na głos i po chwili sen zmorzył jej oczy."



wtorek, 26 września 2017

No i jak zwykle - chwalę się!

Tym razem pochwalę się swoją córcią - Elżbietą. Mieszka daleko, bo aż na Wyspach w Harlow, ale stale jest ze mną. A to wszystko przez to nagranie...
No i jak tu nie być dumną??


 https://www.facebook.com/aslowinska1/videos/1407988555963177/




sobota, 9 września 2017

Spotkanie autorskie

Tak, tak...potrafię też na wesoło. Ostatnio zmieniłam nieco styl pisania. A co! A co to szkodzi pośmiać się trochę i przy thrillerze. Zresztą  licho wie, co to jeszcze będzie? Może powieść kryminalna, może thriller, a może komedia? Hak wie. Póki co, napisałam dwa monologi  na okoliczność mojego spotkania, żeby wprowadzić czytelników w dobry nastrój. Udało się. Wcześniej już miałam premierę w Klubie Seniora. A co!


A to już Herbaciarnia KUBEK

 

Monolog o kleszczu

– Chciałbym się z Tobą spotkać… – powiedział tajemniczo Boguś. – Na pewno się ucieszysz…
Nie, nie… Nie to co myślicie… W żadnym wypadku! On porządny chłopina, a nie jakiś tam, i wcale nie pomyślałam, że się chce spotkać  ze mną w zdrożnych celach.
Z miejsca się ucieszyłam, już na sam jego widok.
                – A co chodzi ? Bo mam ostatnio taką karuzelę, że głowa boli.
No więc on mówi:
  Będziesz za gwiazdę, ty to potrafisz  – podłechtał mnie. – Tyle, że tekstów musisz się nauczyć na  pamięć, a nie tam z jakiejś karteczki…
– No dobra, mogę i za gwiazdę. I pewnie, że się nauczę. To w końcu tylko krótkie fraszki, a karuzela, to karuzela, oby tylko był spokój w domu i cisza. Bo ja się muszę skupić.  U mnie, tak już jest.
Ino jak się nauczyć tego tekstu, jak ciągle ci mój rodzony mąż, wrzeszczy, z pilnością wpatrując się w telewizor. Mało tego: wrzeszczy komentator na całe gardło, a mój chłop to już okropnie wrzeszczy, aż podskakuję: Wal! Kop idioto jeden, ty patałachu! cholera jasna! Gollll! Kur… kuźwa, co zrobiłeś debilu??!!
– Kur… Kuźwa, czy przestaniesz wrzeszczeć?! – wpadłam mu nieelegancko w słowo. Poniosło mnie. No, po prostu, poniosło!
Umilkł i obraził się –  Jak ty się do mnie odzywasz?! – burknął i wcale nie tak cicho.
No i już w tym momencie wiedziałam, że nici z mojej nauki, bo delikatna nadzwyczaj jestem i nie zniosę tych dąsów mężowskich, tego burczenia.  No więc mówię, żeby załagodzić:
– No to zgadnij, co to jest: krótkie, figlarne, a cieszy?
 On , znaczy się mąż, wybałuszył oczy i patrzy w okolice krocza.
– A nie, wcale, nie – to fraszka Bogusiowa – mówię.
– Fraszka?? Jaka Bogusiowa? – Nic nie klei.
Machnęłam ręką. 
– Do lasu idę – oznajmiłam krótko, ale i tak nie usłyszał, bo znowu wlepił oczy w telewizor i wrzasnął z uciechy –  Jeeeesssstttt!!
No to i wyszłam z domu. Tylko na łonie natury, a najlepiej w lesie, gdzie pachnie żywicą, przyswoję te fraszki Bogusiowe, stwierdziłam. Las akurat bliziutko, bo na Mickiewicza mieszkam.
Weszłam na pierwszą ścieżkę otuloną z obydwu stron wysokim sosnami i nie tylko. Mnóstwo też było krzewów i paproci – mówię wam – bajka wprost,  jednakże z dala od drogi, wiec cisza i spokój. No… zbyt głęboko w las nie miałam zamiaru się zagłębiać, bo trochę strachliwa jestem. Więc i się trochę zawahałam, kiedy z daleka już zobaczy lam jakiegoś faceta. – Blondyn na szczęście i nie wieczorową porą. Ok. Na szczęście też w białej koszuli i z białym puchatym pieskiem. No to porządny. Biała koszula i lubi psy… Więc idę dalej, a nawet podchodzę. A on tak kuli nogi jakoś i wygina, a potem mówi błagalnym tonem:
                – Proszę potrzymać tego psa i sprawdzić, czy aby nie złapał kleszcza, bo wie, pani…
                – No wiem, kleszcz to takie okropieństwo: Bolerioza…  No, i rozrzedzenie mózgowe… – dodaję ze zrozumieniem.
– On biały, znaczy się mój Fredek, wiec szybko pani znajdzie tego kleszcza, a ja też muszę gwałtownie w krzaki… Za potrzebą – dodaje i znika na pięć minut, albo i na dłużej. Widać potrzeba mocna.
Sprawdzam Fredka w rękawiczkach lateksowych, bo zawsze noszę w torebce, jak idę do lasu; bo to albo kamyczek się podniesie, ale zerwie jakąś roślinkę, no a teraz, to już w szczególności potrzebne te rękawiczki. Bo jakby ten kleszcz wdarł się pod paznokieć, nie daj bóg, to pewnie musiałabym go zrywać, a może nawet i wszystkie?! Bo to wiadomo, pod który, wlezie ten kleszcz?
 Fredek spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nawet mnie polizał.
Powiedziałam – siad! i Fredek posłusznie usiadł. Milutka psinka. Nadzwyczaj. No i na szczęście był czyściutki – śladu kleszcza, ani nawet kleszczyka. Odetchnęłam, a nawet się ucieszyłam, ale tylko na trochę, bo właśnie z krzaków wyszedł właściciel psinki i drapie się jak oszalały.
Nie, na koszuli nic nie ma, żadnego kleszcza – biała, to widać od razu, a on się drapie coraz bardziej. Calutki. Nawet  po chudej dupinie.
                – Ściągaj pan portki – mówię.
                – Portki?
                – Majty też!
                – Też??
                – A co, w portkach pan załatwiał potrzebę?! – zdenerwowałam się.  Nic nie kleił, prawie jak mój chłop.
                – No…. nie. Zdjąłem spodnie i majty – przyznał.
                – No to już, szybko!
Zdjął posłusznie i wypiął pupę. Nawet zgrabną. Nic, śladu kleszcza. Przyglądam się z boku…
– O! jakie kleszczysko!!
– No to bierz go, pani. Tylko mam prośbę, te rękawiczki…
O Kuźwa!  Tu już przegiął. Zdecydowanie przegiął.
                – A, nie, już sam spadł. To tylko malutki kleszczyk… Kleszczunio tyciuni – powiedziałam uszczypliwie i odeszłam dostojnym krokiem, czując na plecach jego palące spojrzenie. Musi upokorzone. No i dobrze. Też mi coś, rękawiczki… Nie lubi lateksu!

Chwilę pooddychałam tym świeżym, żywicznym powietrzem, pilnując środka ścieżki, byle dalej od krzaków. No wedle… kleszczów. Zresztą też miałam na sobie biały dresik. No… prawie biały. No i pochodziłam trochę po tym lesie, obserwowana czujnie i z daleka. I dobrze, bo przynajmniej byłam wyciszona i nauczyłam się tych fraszek Bogusiowych. Zawsze to dobrze mieć ochroniarza, choćby i z daleka był. Darmowy i czujny. A był czujny; Cały czas się gapił i szedł za mną w pewnym oddaleniu. No i jeszcze był pies, nie obronny co prawda, ale zawsze pies, który wyraźnie mnie polubił od tego smyrania w kudłach, bo podbiegł do mnie i znowu posłusznie usiadł i spojrzał w oczy tak pięknie, że aż zmiękłam i jeszcze przez chwile go posmyrałam, a tym samym pozwoliłam, aby zbliżył się jego pan.
                – A może napijemy się po malutkim? Tak na zgodę  – spytał i wyciągnął z kieszonki w koszuli, piersióweczkę. – Śliwowica – oznajmił – sam robiłem.
                – No to się napijemy – zgodziłam się łaskawie, bo już mi nerwy całkiem przeszły.
Nalał mi nakręteczkę, sam wypił z gwinta.
– Dobra! – stwierdziłam – Jeszcze poproszę, bardzo dobra… Naprawdę sam pan robił tę śliwowicę?
– No tak… Bo ja jestem samotny, jakby co, i często chodzę do baru, albo i restauracji, i zawsze z tą flaszeczką. No i jak od stolika odchodzą goście, to ja śliwam , śliwam, śliwam.
No proszę, jaki sprytny!

Na zakończenie spotkania autorskiego, po wcześniejszym przynudzaniu moich gości, starymi już urywkami z moich pięciu powieści. (Mówili że, nie, że nie przynudzam, ale licho ich tam wie),
odczytałam, ku chwale gospodarza tegoż spotkania - pana Piotra Dorsha, który mnie przygarnął już na stałe, i nie tylko na herbatkę, ciąg dalszy monologu. A nie myślcie sobie aby, że przygarnął mnie w jakich innych celach, niż czytanie monologów swoich i kolegów po piórze...i.td. i.t.p. 
Coby nie uronić ani słóweczka, bo wiadomo - słowa to ważna rzecz, broń Boże, jeszcze się przeklnie nieopatrznie i wiadomo...No więc, odczytałam ów monolog z karteczki, starając się jak tylko można, żeby nie wymsknęło mi się jakowe nieparlamentarne słówko... Bo ostatnio mnię się to zdarza.


Ciąg dalszy o śliwowicy.

"Wyobraźcie sobie, kogo spotkałam w „Kubku”, czyli takiej extra herbaciarni, do której to systematycznie chadzam. Ale, nie, nie… Nie na podryw, broń mnie Panie Boże. Porządna kobieta jestem! No więc niespotykanie wprost, wydarł się w moje ucho i to z szerokim uśmiechem, ten pan z lasu, co to wcześniej opowiadałam, co śliwa i śliwa, i robi własnoręcznie śliwowicę. Tyle, że był bez Fredka, czyli psa i w innej koszuli – niebieskiej. No tak, „Kubek” z całą pewnością nie las, i nie ma kleszczy, więc po co biała?
Chyba, że dwunożne do tychże można zaliczyć, bo takie się zdarzają, a i owszem.
Nawet kiedyś takiego jednego spotkałam, ale to już jak wyszłam, wypiwszy herbatkę. Bez prądu, jakby co, ale i tak go poraziłam, bo zaczepił mnie niezbyt kulturalnie.
Słowem go poraziłam: – Bo jak ci przykopię, luju jeden!...
I pokazałam wymownie jego krocze i moją dwudziesto-centymetrową szpilkę. Od razu sobie poszedł jak zmyty.
No ale do rzeczy: Jak już jak ten pan z lasu, wydarł się entuzjastycznie:
– A dzień dobry pani… !
To odpowiedziałam grzecznie, bo przecież grzeczna jestem, aczkolwiek bardzo zdziwionym głosem. Nawet bardzo zdziwionym. Bo co też on tu chce śliwać??
– A… dzień dobry. A pan przyszedł tutaj oglądać telewizję, mecz jaki, bo wiem, że pan Piotr, czyli właściciel, własnoręcznie założył. Sama widziałam! Nawet chciałam go przytrzymać, bo był na stołku, jak antenę zakładał, ale szybko sobie poradził, chyba nawet zbyt szybko… Tam, w tym drugim pomieszczeniu ten telewizor – powiedziałam i pokazałam ręką.
Ten z lasu, pokręcił przecząco głową. Że nie, że nie na mecz…
– Ale tutaj przecież pan nie zrobi śliwowicy… bo to herbaciarnia, a z herbatki, sam pan wie…
– Taaak? – zdziwił się. – Z herbatki, nie zrobię? – A nic innego, bardziej procentowego, tutaj nie ma?
– No… jest chyba jeszcze piwo i wino.
– No to nie tak źle… To będzie winiak robiony... – Ucieszył się.
– Chyba raczej – śliwo – winiak… – poprawiłam go nieco. – Tyle, że tutaj to wino, a i piwo, z górnej półki …
– Tak??? – Zmartwił się. – No to szkoda…, bo półka zbyt wysoko, a i za ladę mnie nie wpuszczą…  A na stolikach to nic nie ma? – upewnił się.
– No, pewnie się zdarza, ale pan sprytny, poradzi sobie.
Ucieszył się wyraźnie, co widoczne było na jego twarzy.
– A pewnie, że tak, poradzę sobie, poradzę. A pani, to po co tu przyszła? Tylko na herbatkę? – zagadnął śmiele, no bo w końcu wypiłam dwie zakrętki tej jego śliwowicy. Jeszcze z jedna i byłby pewnikiem bruderszaft, bo strasznie mocna była…
– A nie, ja tu wenę łapię – powiedziałam i mrugnęłam okiem. – Przynajmniej próbuję ją złapać. Radko kiedy przychodzi… więc ja tu codziennie. No… Prawie codziennie.
– A ta wena to taka ważna dla pani?
– No… bardzo ważna, bez niej ani rusz.
– To pani jest lis… lis… lisb…?? – No i zaciął się i patrzy na mnie podejrzanie.
– Żaden lis – zaprotestowałam gwałtownie. – Lis to w lesie i jeszcze kleszcze i kleszczunie!
Zmieszał się, widać przypomniał mu się kleszczunio, co to mu dołożyłam! Słownie.
– A z tej herbatki to naprawdę nic nie zrobię? – Upewnił się po chwili głębokiej zadumy.
– No, może i można by co zrobić, jakby tak połączyć z piwem na ten przykład. Tylko nazwę trzeba wymyślić. Bo nazwa, ważna rzecz.
– No to może – Her… Her… Her… – zaczął improwizować i znowu się zaciął.
– A to może tak z angielska? – podpowiedziałam. To takie lepiej wpadające w ucho. – Her, znaczy się – jej – wyjaśniłam.
– A, jej! – To już rozumiem… I co znowu nie przyszła?
– Kto?
– No, ta Wena, co pani mówiła… I stale na nią czeka.
– No przyszła. Już napisałam thrillera.
– Ti, co??
– Tea, to właśnie herbata. Też po angielsku, a jak się doda jeszcze ze trzy literki… to już będzie ta moja wena.
– Więc – Her Tea, to inaczej – jej herbata, jej, tej Weny… co to zaraz przyjdzie – sprawnie wydedukował i spojrzał na drzwi. – Po anielsku chyba jednak ładniej brzmi? Czyli co? Mam zlewać i piwo i herbatę, i będzie Her tea…? – Upewnił się. – No to mamy ładną nazwę.
Machnęłam ręką z rezygnacją.
– No i jeszcze mamy – śliwo – winiak. Całkiem dobrze, to ja muszę drugą buteleczkę…"

A teraz już obiecany urywek nowej książki... Zmieniłam styl pisania, zmienię też okładkę! A co!




"Pociąg gwałtownie szarpnął i zahamował, wleciała w szeroko rozstawione nogi jakieś młodziana, na co on syknął, a ona przeprosiła, po czym ściągnęła z półki niewielką, elegancką torbę podróżną i z niepokojem, odprowadzona wzrokiem uszkodzonego nieco mężczyzny, zbliżyła się do wyjścia. Może jakoś uda się otworzyć te cholernie ciężkie drzwi, bo bywało, że miewała z tym kłopoty. W pociągach, właśnie w pociągach! Kuźwa. Żadnego siłacza w zasięgu oczu, a choćby i ten młodzian uszkodzony. Ale nie! Widać jeszcze się nie pozbierał po jej natarciu. Nieważne, czy zamierzonym, czy nie. Przeprosiła przecież!

Szarpnęła drzwi z całej siły. Nic. Czyli niepokój był słuszny – ani drgnęły. Okropieństwo! Jeszcze trochę i pojedzie do Kolbuszowej. Szarpnęła jeszcze raz. Udało się. Złamał się za to artystycznie wyrobiony paznokieć palca wskazującego, u prawej dłoni.
Ałłła… Spojrzała z żalem na oszpeconą dłoń i przeklęła w duchu swojego pecha, po czym w ostatniej chwili wysiadła z pociągu, ostrożnie stawiając kroki, bo obcas gotów był zawadzić o schodki, i dopiero wtedy poznałaby, co to znaczy prawdziwy pech.
            Rozglądnęła się. Nie było tu żadnego dworca, jedynie wiata od deszczu i kilka ławeczek, a wkoło las. Sporo drzew w pobliżu torów wycięto, co stwarzało bardziej otwartą przestrzeń, niż to zapamiętała z odległych lat, ale tak czy siak, było to pustkowie.
            Wuj, którego spodziewała się zastać na ławeczce, nie dotarł jeszcze, co ją trochę wytrąciło z równowagi, nikt nie wysiadł z pociągu, zawsze to byłoby raźniej, a i nie było w zasięgu oczu postoju taksówek.
Szlag! Przeklęła, bo i jak tu iść na tym obcasiku; niewielkim, bo niewielkim, ale jednak, a poza tym, droga do domu – dobre trzy kilometry, powadziła wzdłuż lasu.
Nie to, że brak wyobraźni czy próżność, jak chodzi rzecz jasna o buty, po prostu w jej szafie z pułkami na obuwie nie było eleganckich pantofli na płaskim spodzie. Chyba, że adidasy można do takich zaliczyć, a te, w żaden sposób nie pasowały do jej letniej eleganckiej garsonki.
Natomiast wielce optymistycznym był fakt, że Nowa Dęba miała przyjazny zdrowiu klimat i pachniało tu żywicą. I jak jeszcze! Wciągnęła więc w piersi aromatyczny zapach i z westchnieniem ruszyła przed siebie, tłumacząc w duchu wuja: Pewnie cierpliwie albo i niecierpliwie czeka na jej telefon, tym bardziej, że już go wcześniej informowała, iż pociąg się spóźni i zadzwoni jak będzie dojeżdżać do Nowej Dęby. Ale jak pech to pech – nie było zasięgu. A wuj na dodatek, nie bardzo skumał o czym mówi.
            – Pociąg?? Jaki pociąg??
            – No… taki zwyczajny, dość długi.
Nie odezwał się, więc i ona milczała, a teraz go nie ma. Po prostu, nie ma. Nikogo nie ma. Żywej duszy, czy nawet nieżywej, bo cmentarz zupełnie niedaleko. Mogła jednak wujowi dokładniej wytłumaczyć, o jaki pociąg chodzi.
Nic to, pomyślała, chyba nikt jej nie dopadnie, a w międzyczasie złapie zasięg, albo i na horyzoncie jednak pojawi się wuj, bo był bardzo akuratny, jak chodzi o raz dane słowo. Powiedział, że wyjedzie po nią, to wyjedzie. Tyle, że ona już może być w połowie drogi, a na dodatek z duszą na ramieniu. Dusza podobno nic nie waży, ale jednakowoż uwiera. Postanowiła więc na tę okoliczność znowu zadzwonić do wuja.
Wyciągnęła z torebki komórkę i znowu się rozglądnęła jak głupia jaka. Owszem, bała się, oczywiście, że się bała, tylko kompletni idioci nie odczuwają strachu. Jest czynnikiem naturalnym, a tym bardziej, że komuś zasłużonemu w cudzysłowie, i w biznesie, skutecznie nie pomogła, choć tego najwyraźniej od niej oczekiwał. – Słodziutka, jesteś najlepsza. Wyciągniesz mnie z tego! Nie ma innej opcji – powiedział tuż przed rozprawą, a na dodatek uśmiechnął się zwycięsko.
Debil jeden!
Wiedziała od pierwszego spojrzenia, od pierwszej rozmowy, że ten mężczyzna w średnim wieku, o mętnym spojrzeniu jaszczurki, to wyjątkowa szuja, wyjątkowa gadzina. No cóż, zgodziła się go bronić i broniła. Z całą też pewnością dostał mniejszą karę, ale i też z całą pewnością nie zrobiła wszystkiego na co było ją stać. Co to, to nie! Nie była byle adwokaciną ze zwichrowanym moralnym kompasem. Przeciwnie.
Po ogłoszeniu wyroku, powiedziała, jak przystało na obrońcę. – Przykro  mi... Tylko tyle mogłam zrobić. Okryła też twarz wystudiowanym uśmiechem, wściekła na siebie i na wszystkich świętych.
Zawsze próbowała przewidzieć potencjalne problemy, czy zachowania klientów, tego jednak, jak na nią spojrzy, nie przewidziała. Przez sekundę na twarzy Gadziny malowało się ogromne rozczarowanie, które niemal natychmiast przerodziło się w ewidentną, nieskrywaną złość, a wielka biała maska, którą okrył po chwili twarz, mówiła jak nic: Dopadnę cię wcześniej czy później. Nie ze mną te numery, słodziutka… Ten gniew, choć niewyartykułowany, był równie namacalny, jak jego zaciśnięta pięść.
Pomyślała, że jednak ją dopadnie wcześniej niż później. Jak nie on sam, to jego kumple. Coś się w niej skurczyło na moment, zamknęło, jak muszla w obliczu zagrożenia.
Co jest?!
Szybko odpędziła niepokój. Byle gadzina będzie ją straszyć… A jednak niepokój wracał jak bumerang i zdarzało się, że  dopadało ją zimno, a już szczególnie po kilku telefonach, kiedy to za każdym razem słyszała: Słodziutka, pilnuj się… i przyspieszony oddech.
Tylko jeden człowiek tak ją nazywał i dobrze wiedziała, kto nim jest.
Bawił się nią, straszył, czy mówił serio? Ot, gadzina!
Na wszelki wypadek przeprowadziła się z Poznania do Piły, zresztą tak naprawdę, strach nie był jedynym powodem, a tylko powodzikiem, czyli pretekstem: Jej kolega po fachu, Romek Niedźwiecki, otworzył przed nią nowe perspektywy; całkiem, całkiem, a mianowicie została jego wspólniczką w dużej kancelarii adwokackiej. Zrobiła też kurs samoobrony, a co! To się zawsze przyda, zakupiła broń, którą przekładała z torebki do torebki, prawie jak grzebień, lusterko i pomadkę, i podobnie jak gaz na wściekłego psa. Tych wściekłych psów, czyli lujów kręciło się po świecie w końcu sporo i nigdy nic nie wiadomo, czy na takiego nie wpadnie.
Od jakiegoś czasu miała też ochroniarza w cudzysłowie, a i owszem słusznej budowy, bo ten przystojniak że oczy bolą, był jej pomagierem, czyli wielce przydatnym detektywem, który to zbierał dla niej różne informacje, a przy okazji często instruował, w które miejsce kopnąć na przykład takiego luja, czy udzielał innych cennych informacji; typu palec w oko.
Dziś, Zbyszek Figurant, miał wolne, bo i zresztą nie bardzo był powód, aby go za sobą ciągnąć do Nowej Dęby na rodzinną imprezę, miasta oddalonego było nie było prawie sześćset km od Piły. Tak i też nie czuła się na tym odludziu komfortowo, więc wyjęła gaz na wściekłego psa. 
Ba, szczerze mówiąc, miała pietra jak stąd do nieba, ale i też miała palec, a nawet dziesięć, i odpowiedniego buta na szpilce, jakby co. Zawsze to takim obcasikiem lepiej się przykopie. No i tak zabezpieczona na wszystkie sposoby ruszyła przed siebie."