piątek, 29 września 2017

NAJWYŻSZY CZAS PRZENIEŚĆ FANTAZJE O ŻYCIU NA CODZIENNOŚĆ.


W powieści: " Co ja tu robię?" proza życia przeplata się z prozą poetycką.

 " Chwila zadumy uzbrojonej w tęczę. Zrodziła się po deszczu. Taka piękna…
Z oddali prześwitywało słońce. 
Jak nadzieja.
Przeszła przez most prowadzący na Wyspę – zieloną aż oczy bolą, wyspę nad cichą rzeką Gwdą, która się rozwidla i spokojnie płynie, zaledwie szumiąc. Rzeka, która nigdy nie wylewa, nie podtapia, nie rani, jest przyjazna…
I przyszła podpowiedź: – Do drzwi niedaleko, wystarczy wyjść i już nie wracać.
I jeszcze tylko rosnące cienie żalu…
Odwróciła twarz do słońca, przysiadając przy fontannie. Jeszcze chwilę, musi pomyśleć…
Musi pomyśleć…
Z oddali szmer rzeki i cichy bulgot wirów. 
Niemal się rozkoszowała ciepłą, słoneczną pieszczotą, wystawiając twarz na uderzenie gorących promieni.
Chwilę tak trwała z zamkniętymi oczyma, wdychając zapach rozbryzgującej się wody z fontanny, by skierować spojrzenie ku górze – błękitne niebo, na nim rozpostarł skrzydła ptak. Pod nim wstęga Gwdy – sprawia wrażenie nieruchomej, choć płynie. Jak życie; powoli, czasami mozolnie, pokonując przeszkody. Tej nie pokona, to złamane duże drzewo...
Już zero wątpliwości.
Wstała.
Przeszła raźnym krokiem ulicą Niepodległości, jakby to był doskonały jesienny dzień, nieróżniący się od innych, przecięła ją na ukos, spojrzała na przekwitające już, aczkolwiek zadbane klomby kwiatowe, przypominające zorzę, która podobno niesie nadzieję, jak mówiła mama, i doszła do Parku Miejskiego. To bliższa droga, na skróty. Pod nogami dzwonki szyszek, gęstwina kolorowych liści, przypominająca dywan w jej mieszkaniu, a w głowie rosnące jeszcze cienie żalu.
To koniec. Nie może być inaczej... Już postanowiła."




"Otworzyła po cichu drzwi do przybudówki mieszkania rodziców i weszła w mrok cichego pokoju. Opadła na fotel. Cisza…
Otuliła ją.
Cisza ma niewyczerpane siły.
Może być bezlitosna, jak towarzyszący jej stres, czy bolesny niepokój…
Może też być jak pieszczota dłoni, jak tęsknota za tym dotykiem. Ta, była jak tęsknota.
Kryształowe sztylety namiętności rozcięły promieniem barwne tęcze. Przypełzły fantastyczne kolorowe cienie i ogarnęły tańczącym światłem całe jej ciało, mózg, który się zakleszczył przedziwnie, przesączając jej własne słowa z niedawno ukończonej powieści: Pozostała miłość ukryta w związanych łańcuchem ciałach, miłość niedostępna. A przecież istnieje świat szalony? Tchnienie przyjęte i tchnienie odwzajemnione?
– Nie dla nas jednak, Heniek. Masz swoje życie, ja swoje – powiedziała na głos i po chwili sen zmorzył jej oczy."



wtorek, 26 września 2017

No i jak zwykle - chwalę się!

video
Tym razem pochwalę się swoją córcią - Elżbietą. Mieszka daleko, bo aż na Wyspach w Harlow, ale stale jest ze mną. A to wszystko przez to nagranie...
No i jak tu nie być dumną??


 https://www.facebook.com/aslowinska1/videos/1407988555963177/




sobota, 9 września 2017

Spotkanie autorskie

Tak, tak...potrafię też na wesoło. Ostatnio zmieniłam nieco styl pisania. A co! A co to szkodzi pośmiać się trochę i przy thrillerze. Zresztą  licho wie, co to jeszcze będzie? Może powieść kryminalna, może thriller, a może komedia? Hak wie. Póki co, napisałam dwa monologi  na okoliczność mojego spotkania, żeby wprowadzić czytelników w dobry nastrój. Udało się. Wcześniej już miałam premierę w Klubie Seniora. A co!


A to już Herbaciarnia KUBEK

 

Monolog o kleszczu

– Chciałbym się z Tobą spotkać… – powiedział tajemniczo Boguś. – Na pewno się ucieszysz…
Nie, nie… Nie to co myślicie… W żadnym wypadku! On porządny chłopina, a nie jakiś tam, i wcale nie pomyślałam, że się chce spotkać  ze mną w zdrożnych celach.
Z miejsca się ucieszyłam, już na sam jego widok.
                – A co chodzi ? Bo mam ostatnio taką karuzelę, że głowa boli.
No więc on mówi:
  Będziesz za gwiazdę, ty to potrafisz  – podłechtał mnie. – Tyle, że tekstów musisz się nauczyć na  pamięć, a nie tam z jakiejś karteczki…
– No dobra, mogę i za gwiazdę. I pewnie, że się nauczę. To w końcu tylko krótkie fraszki, a karuzela, to karuzela, oby tylko był spokój w domu i cisza. Bo ja się muszę skupić.  U mnie, tak już jest.
Ino jak się nauczyć tego tekstu, jak ciągle ci mój rodzony mąż, wrzeszczy, z pilnością wpatrując się w telewizor. Mało tego: wrzeszczy komentator na całe gardło, a mój chłop to już okropnie wrzeszczy, aż podskakuję: Wal! Kop idioto jeden, ty patałachu! cholera jasna! Gollll! Kur… kuźwa, co zrobiłeś debilu??!!
– Kur… Kuźwa, czy przestaniesz wrzeszczeć?! – wpadłam mu nieelegancko w słowo. Poniosło mnie. No, po prostu, poniosło!
Umilkł i obraził się –  Jak ty się do mnie odzywasz?! – burknął i wcale nie tak cicho.
No i już w tym momencie wiedziałam, że nici z mojej nauki, bo delikatna nadzwyczaj jestem i nie zniosę tych dąsów mężowskich, tego burczenia.  No więc mówię, żeby załagodzić:
– No to zgadnij, co to jest: krótkie, figlarne, a cieszy?
 On , znaczy się mąż, wybałuszył oczy i patrzy w okolice krocza.
– A nie, wcale, nie – to fraszka Bogusiowa – mówię.
– Fraszka?? Jaka Bogusiowa? – Nic nie klei.
Machnęłam ręką. 
– Do lasu idę – oznajmiłam krótko, ale i tak nie usłyszał, bo znowu wlepił oczy w telewizor i wrzasnął z uciechy –  Jeeeesssstttt!!
No to i wyszłam z domu. Tylko na łonie natury, a najlepiej w lesie, gdzie pachnie żywicą, przyswoję te fraszki Bogusiowe, stwierdziłam. Las akurat bliziutko, bo na Mickiewicza mieszkam.
Weszłam na pierwszą ścieżkę otuloną z obydwu stron wysokim sosnami i nie tylko. Mnóstwo też było krzewów i paproci – mówię wam – bajka wprost,  jednakże z dala od drogi, wiec cisza i spokój. No… zbyt głęboko w las nie miałam zamiaru się zagłębiać, bo trochę strachliwa jestem. Więc i się trochę zawahałam, kiedy z daleka już zobaczy lam jakiegoś faceta. – Blondyn na szczęście i nie wieczorową porą. Ok. Na szczęście też w białej koszuli i z białym puchatym pieskiem. No to porządny. Biała koszula i lubi psy… Więc idę dalej, a nawet podchodzę. A on tak kuli nogi jakoś i wygina, a potem mówi błagalnym tonem:
                – Proszę potrzymać tego psa i sprawdzić, czy aby nie złapał kleszcza, bo wie, pani…
                – No wiem, kleszcz to takie okropieństwo: Bolerioza…  No, i rozrzedzenie mózgowe… – dodaję ze zrozumieniem.
– On biały, znaczy się mój Fredek, wiec szybko pani znajdzie tego kleszcza, a ja też muszę gwałtownie w krzaki… Za potrzebą – dodaje i znika na pięć minut, albo i na dłużej. Widać potrzeba mocna.
Sprawdzam Fredka w rękawiczkach lateksowych, bo zawsze noszę w torebce, jak idę do lasu; bo to albo kamyczek się podniesie, ale zerwie jakąś roślinkę, no a teraz, to już w szczególności potrzebne te rękawiczki. Bo jakby ten kleszcz wdarł się pod paznokieć, nie daj bóg, to pewnie musiałabym go zrywać, a może nawet i wszystkie?! Bo to wiadomo, pod który, wlezie ten kleszcz?
 Fredek spojrzał na mnie z zaciekawieniem i nawet mnie polizał.
Powiedziałam – siad! i Fredek posłusznie usiadł. Milutka psinka. Nadzwyczaj. No i na szczęście był czyściutki – śladu kleszcza, ani nawet kleszczyka. Odetchnęłam, a nawet się ucieszyłam, ale tylko na trochę, bo właśnie z krzaków wyszedł właściciel psinki i drapie się jak oszalały.
Nie, na koszuli nic nie ma, żadnego kleszcza – biała, to widać od razu, a on się drapie coraz bardziej. Calutki. Nawet  po chudej dupinie.
                – Ściągaj pan portki – mówię.
                – Portki?
                – Majty też!
                – Też??
                – A co, w portkach pan załatwiał potrzebę?! – zdenerwowałam się.  Nic nie kleił, prawie jak mój chłop.
                – No…. nie. Zdjąłem spodnie i majty – przyznał.
                – No to już, szybko!
Zdjął posłusznie i wypiął pupę. Nawet zgrabną. Nic, śladu kleszcza. Przyglądam się z boku…
– O! jakie kleszczysko!!
– No to bierz go, pani. Tylko mam prośbę, te rękawiczki…
O Kuźwa!  Tu już przegiął. Zdecydowanie przegiął.
                – A, nie, już sam spadł. To tylko malutki kleszczyk… Kleszczunio tyciuni – powiedziałam uszczypliwie i odeszłam dostojnym krokiem, czując na plecach jego palące spojrzenie. Musi upokorzone. No i dobrze. Też mi coś, rękawiczki… Nie lubi lateksu!

Chwilę pooddychałam tym świeżym, żywicznym powietrzem, pilnując środka ścieżki, byle dalej od krzaków. No wedle… kleszczów. Zresztą też miałam na sobie biały dresik. No… prawie biały. No i pochodziłam trochę po tym lesie, obserwowana czujnie i z daleka. I dobrze, bo przynajmniej byłam wyciszona i nauczyłam się tych fraszek Bogusiowych. Zawsze to dobrze mieć ochroniarza, choćby i z daleka był. Darmowy i czujny. A był czujny; Cały czas się gapił i szedł za mną w pewnym oddaleniu. No i jeszcze był pies, nie obronny co prawda, ale zawsze pies, który wyraźnie mnie polubił od tego smyrania w kudłach, bo podbiegł do mnie i znowu posłusznie usiadł i spojrzał w oczy tak pięknie, że aż zmiękłam i jeszcze przez chwile go posmyrałam, a tym samym pozwoliłam, aby zbliżył się jego pan.
                – A może napijemy się po malutkim? Tak na zgodę  – spytał i wyciągnął z kieszonki w koszuli, piersióweczkę. – Śliwowica – oznajmił – sam robiłem.
                – No to się napijemy – zgodziłam się łaskawie, bo już mi nerwy całkiem przeszły.
Nalał mi nakręteczkę, sam wypił z gwinta.
– Dobra! – stwierdziłam – Jeszcze poproszę, bardzo dobra… Naprawdę sam pan robił tę śliwowicę?
– No tak… Bo ja jestem samotny, jakby co, i często chodzę do baru, albo i restauracji, i zawsze z tą flaszeczką. No i jak od stolika odchodzą goście, to ja śliwam , śliwam, śliwam.
No proszę, jaki sprytny!

Na zakończenie spotkania autorskiego, po wcześniejszym przynudzaniu moich gości, starymi już urywkami z moich pięciu powieści. (Mówili że, nie, że nie przynudzam, ale licho ich tam wie),
odczytałam, ku chwale gospodarza tegoż spotkania - pana Piotra Dorsha, który mnie przygarnął już na stałe, i nie tylko na herbatkę, ciąg dalszy monologu. A nie myślcie sobie aby, że przygarnął mnie w jakich innych celach, niż czytanie monologów swoich i kolegów po piórze...i.td. i.t.p. 
Coby nie uronić ani słóweczka, bo wiadomo - słowa to ważna rzecz, broń Boże, jeszcze się przeklnie nieopatrznie i wiadomo...No więc, odczytałam ów monolog z karteczki, starając się jak tylko można, żeby nie wymsknęło mi się jakowe nieparlamentarne słówko... Bo ostatnio mnię się to zdarza.


Ciąg dalszy o śliwowicy.

"Wyobraźcie sobie, kogo spotkałam w „Kubku”, czyli takiej extra herbaciarni, do której to systematycznie chadzam. Ale, nie, nie… Nie na podryw, broń mnie Panie Boże. Porządna kobieta jestem! No więc niespotykanie wprost, wydarł się w moje ucho i to z szerokim uśmiechem, ten pan z lasu, co to wcześniej opowiadałam, co śliwa i śliwa, i robi własnoręcznie śliwowicę. Tyle, że był bez Fredka, czyli psa i w innej koszuli – niebieskiej. No tak, „Kubek” z całą pewnością nie las, i nie ma kleszczy, więc po co biała?
Chyba, że dwunożne do tychże można zaliczyć, bo takie się zdarzają, a i owszem.
Nawet kiedyś takiego jednego spotkałam, ale to już jak wyszłam, wypiwszy herbatkę. Bez prądu, jakby co, ale i tak go poraziłam, bo zaczepił mnie niezbyt kulturalnie.
Słowem go poraziłam: – Bo jak ci przykopię, luju jeden!...
I pokazałam wymownie jego krocze i moją dwudziesto-centymetrową szpilkę. Od razu sobie poszedł jak zmyty.
No ale do rzeczy: Jak już jak ten pan z lasu, wydarł się entuzjastycznie:
– A dzień dobry pani… !
To odpowiedziałam grzecznie, bo przecież grzeczna jestem, aczkolwiek bardzo zdziwionym głosem. Nawet bardzo zdziwionym. Bo co też on tu chce śliwać??
– A… dzień dobry. A pan przyszedł tutaj oglądać telewizję, mecz jaki, bo wiem, że pan Piotr, czyli właściciel, własnoręcznie założył. Sama widziałam! Nawet chciałam go przytrzymać, bo był na stołku, jak antenę zakładał, ale szybko sobie poradził, chyba nawet zbyt szybko… Tam, w tym drugim pomieszczeniu ten telewizor – powiedziałam i pokazałam ręką.
Ten z lasu, pokręcił przecząco głową. Że nie, że nie na mecz…
– Ale tutaj przecież pan nie zrobi śliwowicy… bo to herbaciarnia, a z herbatki, sam pan wie…
– Taaak? – zdziwił się. – Z herbatki, nie zrobię? – A nic innego, bardziej procentowego, tutaj nie ma?
– No… jest chyba jeszcze piwo i wino.
– No to nie tak źle… To będzie winiak robiony... – Ucieszył się.
– Chyba raczej – śliwo – winiak… – poprawiłam go nieco. – Tyle, że tutaj to wino, a i piwo, z górnej półki …
– Tak??? – Zmartwił się. – No to szkoda…, bo półka zbyt wysoko, a i za ladę mnie nie wpuszczą…  A na stolikach to nic nie ma? – upewnił się.
– No, pewnie się zdarza, ale pan sprytny, poradzi sobie.
Ucieszył się wyraźnie, co widoczne było na jego twarzy.
– A pewnie, że tak, poradzę sobie, poradzę. A pani, to po co tu przyszła? Tylko na herbatkę? – zagadnął śmiele, no bo w końcu wypiłam dwie zakrętki tej jego śliwowicy. Jeszcze z jedna i byłby pewnikiem bruderszaft, bo strasznie mocna była…
– A nie, ja tu wenę łapię – powiedziałam i mrugnęłam okiem. – Przynajmniej próbuję ją złapać. Radko kiedy przychodzi… więc ja tu codziennie. No… Prawie codziennie.
– A ta wena to taka ważna dla pani?
– No… bardzo ważna, bez niej ani rusz.
– To pani jest lis… lis… lisb…?? – No i zaciął się i patrzy na mnie podejrzanie.
– Żaden lis – zaprotestowałam gwałtownie. – Lis to w lesie i jeszcze kleszcze i kleszczunie!
Zmieszał się, widać przypomniał mu się kleszczunio, co to mu dołożyłam! Słownie.
– A z tej herbatki to naprawdę nic nie zrobię? – Upewnił się po chwili głębokiej zadumy.
– No, może i można by co zrobić, jakby tak połączyć z piwem na ten przykład. Tylko nazwę trzeba wymyślić. Bo nazwa, ważna rzecz.
– No to może – Her… Her… Her… – zaczął improwizować i znowu się zaciął.
– A to może tak z angielska? – podpowiedziałam. To takie lepiej wpadające w ucho. – Her, znaczy się – jej – wyjaśniłam.
– A, jej! – To już rozumiem… I co znowu nie przyszła?
– Kto?
– No, ta Wena, co pani mówiła… I stale na nią czeka.
– No przyszła. Już napisałam thrillera.
– Ti, co??
– Tea, to właśnie herbata. Też po angielsku, a jak się doda jeszcze ze trzy literki… to już będzie ta moja wena.
– Więc – Her Tea, to inaczej – jej herbata, jej, tej Weny… co to zaraz przyjdzie – sprawnie wydedukował i spojrzał na drzwi. – Po anielsku chyba jednak ładniej brzmi? Czyli co? Mam zlewać i piwo i herbatę, i będzie Her tea…? – Upewnił się. – No to mamy ładną nazwę.
Machnęłam ręką z rezygnacją.
– No i jeszcze mamy – śliwo – winiak. Całkiem dobrze, to ja muszę drugą buteleczkę…"

A teraz już obiecany urywek nowej książki... Zmieniłam styl pisania, zmienię też okładkę! A co!




"Pociąg gwałtownie szarpnął i zahamował, wleciała w szeroko rozstawione nogi jakieś młodziana, na co on syknął, a ona przeprosiła, po czym ściągnęła z półki niewielką, elegancką torbę podróżną i z niepokojem, odprowadzona wzrokiem uszkodzonego nieco mężczyzny, zbliżyła się do wyjścia. Może jakoś uda się otworzyć te cholernie ciężkie drzwi, bo bywało, że miewała z tym kłopoty. W pociągach, właśnie w pociągach! Kuźwa. Żadnego siłacza w zasięgu oczu, a choćby i ten młodzian uszkodzony. Ale nie! Widać jeszcze się nie pozbierał po jej natarciu. Nieważne, czy zamierzonym, czy nie. Przeprosiła przecież!

Szarpnęła drzwi z całej siły. Nic. Czyli niepokój był słuszny – ani drgnęły. Okropieństwo! Jeszcze trochę i pojedzie do Kolbuszowej. Szarpnęła jeszcze raz. Udało się. Złamał się za to artystycznie wyrobiony paznokieć palca wskazującego, u prawej dłoni.
Ałłła… Spojrzała z żalem na oszpeconą dłoń i przeklęła w duchu swojego pecha, po czym w ostatniej chwili wysiadła z pociągu, ostrożnie stawiając kroki, bo obcas gotów był zawadzić o schodki, i dopiero wtedy poznałaby, co to znaczy prawdziwy pech.
            Rozglądnęła się. Nie było tu żadnego dworca, jedynie wiata od deszczu i kilka ławeczek, a wkoło las. Sporo drzew w pobliżu torów wycięto, co stwarzało bardziej otwartą przestrzeń, niż to zapamiętała z odległych lat, ale tak czy siak, było to pustkowie.
            Wuj, którego spodziewała się zastać na ławeczce, nie dotarł jeszcze, co ją trochę wytrąciło z równowagi, nikt nie wysiadł z pociągu, zawsze to byłoby raźniej, a i nie było w zasięgu oczu postoju taksówek.
Szlag! Przeklęła, bo i jak tu iść na tym obcasiku; niewielkim, bo niewielkim, ale jednak, a poza tym, droga do domu – dobre trzy kilometry, powadziła wzdłuż lasu.
Nie to, że brak wyobraźni czy próżność, jak chodzi rzecz jasna o buty, po prostu w jej szafie z pułkami na obuwie nie było eleganckich pantofli na płaskim spodzie. Chyba, że adidasy można do takich zaliczyć, a te, w żaden sposób nie pasowały do jej letniej eleganckiej garsonki.
Natomiast wielce optymistycznym był fakt, że Nowa Dęba miała przyjazny zdrowiu klimat i pachniało tu żywicą. I jak jeszcze! Wciągnęła więc w piersi aromatyczny zapach i z westchnieniem ruszyła przed siebie, tłumacząc w duchu wuja: Pewnie cierpliwie albo i niecierpliwie czeka na jej telefon, tym bardziej, że już go wcześniej informowała, iż pociąg się spóźni i zadzwoni jak będzie dojeżdżać do Nowej Dęby. Ale jak pech to pech – nie było zasięgu. A wuj na dodatek, nie bardzo skumał o czym mówi.
            – Pociąg?? Jaki pociąg??
            – No… taki zwyczajny, dość długi.
Nie odezwał się, więc i ona milczała, a teraz go nie ma. Po prostu, nie ma. Nikogo nie ma. Żywej duszy, czy nawet nieżywej, bo cmentarz zupełnie niedaleko. Mogła jednak wujowi dokładniej wytłumaczyć, o jaki pociąg chodzi.
Nic to, pomyślała, chyba nikt jej nie dopadnie, a w międzyczasie złapie zasięg, albo i na horyzoncie jednak pojawi się wuj, bo był bardzo akuratny, jak chodzi o raz dane słowo. Powiedział, że wyjedzie po nią, to wyjedzie. Tyle, że ona już może być w połowie drogi, a na dodatek z duszą na ramieniu. Dusza podobno nic nie waży, ale jednakowoż uwiera. Postanowiła więc na tę okoliczność znowu zadzwonić do wuja.
Wyciągnęła z torebki komórkę i znowu się rozglądnęła jak głupia jaka. Owszem, bała się, oczywiście, że się bała, tylko kompletni idioci nie odczuwają strachu. Jest czynnikiem naturalnym, a tym bardziej, że komuś zasłużonemu w cudzysłowie, i w biznesie, skutecznie nie pomogła, choć tego najwyraźniej od niej oczekiwał. – Słodziutka, jesteś najlepsza. Wyciągniesz mnie z tego! Nie ma innej opcji – powiedział tuż przed rozprawą, a na dodatek uśmiechnął się zwycięsko.
Debil jeden!
Wiedziała od pierwszego spojrzenia, od pierwszej rozmowy, że ten mężczyzna w średnim wieku, o mętnym spojrzeniu jaszczurki, to wyjątkowa szuja, wyjątkowa gadzina. No cóż, zgodziła się go bronić i broniła. Z całą też pewnością dostał mniejszą karę, ale i też z całą pewnością nie zrobiła wszystkiego na co było ją stać. Co to, to nie! Nie była byle adwokaciną ze zwichrowanym moralnym kompasem. Przeciwnie.
Po ogłoszeniu wyroku, powiedziała, jak przystało na obrońcę. – Przykro  mi... Tylko tyle mogłam zrobić. Okryła też twarz wystudiowanym uśmiechem, wściekła na siebie i na wszystkich świętych.
Zawsze próbowała przewidzieć potencjalne problemy, czy zachowania klientów, tego jednak, jak na nią spojrzy, nie przewidziała. Przez sekundę na twarzy Gadziny malowało się ogromne rozczarowanie, które niemal natychmiast przerodziło się w ewidentną, nieskrywaną złość, a wielka biała maska, którą okrył po chwili twarz, mówiła jak nic: Dopadnę cię wcześniej czy później. Nie ze mną te numery, słodziutka… Ten gniew, choć niewyartykułowany, był równie namacalny, jak jego zaciśnięta pięść.
Pomyślała, że jednak ją dopadnie wcześniej niż później. Jak nie on sam, to jego kumple. Coś się w niej skurczyło na moment, zamknęło, jak muszla w obliczu zagrożenia.
Co jest?!
Szybko odpędziła niepokój. Byle gadzina będzie ją straszyć… A jednak niepokój wracał jak bumerang i zdarzało się, że  dopadało ją zimno, a już szczególnie po kilku telefonach, kiedy to za każdym razem słyszała: Słodziutka, pilnuj się… i przyspieszony oddech.
Tylko jeden człowiek tak ją nazywał i dobrze wiedziała, kto nim jest.
Bawił się nią, straszył, czy mówił serio? Ot, gadzina!
Na wszelki wypadek przeprowadziła się z Poznania do Piły, zresztą tak naprawdę, strach nie był jedynym powodem, a tylko powodzikiem, czyli pretekstem: Jej kolega po fachu, Romek Niedźwiecki, otworzył przed nią nowe perspektywy; całkiem, całkiem, a mianowicie została jego wspólniczką w dużej kancelarii adwokackiej. Zrobiła też kurs samoobrony, a co! To się zawsze przyda, zakupiła broń, którą przekładała z torebki do torebki, prawie jak grzebień, lusterko i pomadkę, i podobnie jak gaz na wściekłego psa. Tych wściekłych psów, czyli lujów kręciło się po świecie w końcu sporo i nigdy nic nie wiadomo, czy na takiego nie wpadnie.
Od jakiegoś czasu miała też ochroniarza w cudzysłowie, a i owszem słusznej budowy, bo ten przystojniak że oczy bolą, był jej pomagierem, czyli wielce przydatnym detektywem, który to zbierał dla niej różne informacje, a przy okazji często instruował, w które miejsce kopnąć na przykład takiego luja, czy udzielał innych cennych informacji; typu palec w oko.
Dziś, Zbyszek Figurant, miał wolne, bo i zresztą nie bardzo był powód, aby go za sobą ciągnąć do Nowej Dęby na rodzinną imprezę, miasta oddalonego było nie było prawie sześćset km od Piły. Tak i też nie czuła się na tym odludziu komfortowo, więc wyjęła gaz na wściekłego psa. 
Ba, szczerze mówiąc, miała pietra jak stąd do nieba, ale i też miała palec, a nawet dziesięć, i odpowiedniego buta na szpilce, jakby co. Zawsze to takim obcasikiem lepiej się przykopie. No i tak zabezpieczona na wszystkie sposoby ruszyła przed siebie."