piątek, 11 listopada 2016

Pytanie, które każdy sobie stawia - co ja tu robię?



Fragmenty powieści: CO JA TU ROBIĘ?




         " Sielanka, jak przewidywał dziadek, trwała krótko. Zbyt krótko. Burzliwe życie, zabawy, mnóstwo rozrywek, których do tej pory nie znała, a które dawały zawrotne upojenie, przyprawiając o bardzo szybkie bicie serca, sprawiały, że życie jej dotąd spokojne, przerodziło się w kołowrót i rzucało ją w świat powstrzymujący jej poważniejsze myśli. Ale i też już nie stała tak mocno na własnych nogach, podciętych zmęczoną, nie do końca własną wyobraźnią. Noce szerzej otwierały oczy, zmęczenie nie pozwalało spać, przychodziło wiele myśli.
Czy nie należy zwolnić tego tempa?
Nie da się wszak przejść przez to życie na jednym tchu. Galopującym. Charaktery jakże różne – jej i Zbyszka nie mogą w nieskończoność podążać tą samą ścieżką, która dla każdego z nich jest przecież inna.
Stałe już imprezy organizowane u nich, na Lazurowej, hałaśliwa muzyka, która zawsze towarzyszyła tym spotkaniom, uniemożliwiając jakąkolwiek rozmowę na określony temat, tak ją męczyły, że z utęsknieniem czekała, kiedy wszyscy sobie w końcu pójdą, a kiedy rozchodzili się nad ranem, pozostawiając sterty niedopałków i bałagan, była tak wykończona, że nie chciało jej się zupełnie nic.
Jej oczy rozszerzone zdziwieniem nie spoglądały niemal nigdy z zachwytem na poczynania bełkoczącego głupoty, męża.
Pomyliłam się – myślała z goryczą, czekając wieczorami na powrót Zbyszka, który już nierzadko pojawiał się w stanie wskazującym.
Co ja tu robię, przy nim?"
 



"Dziadek splótł jej palce ze swoimi. Spojrzał głęboko w oczy. Potrząsnął.
            - Żale? Złość? Na kogo, dziecko? Czy choć wiesz, na kogo się złościsz? Na Boga? Jeśli już masz się na Niego obrażać, to znajdź sobie lepszy powód, jak zakon córki. A skąd wiesz, czy ona tam właśnie nie jest szczęśliwa? Czy się nie odnalazła w swej misji? – mówił cierpliwie, będąc bardzo wierzącym człowiekiem, który nie stracił wiary tylko dlatego, że życie go dotknęło.
            Bo przecież dotknęło, ba! uwaliło. Syn, dwie żony, wszyscy odeszli do nieba, trzecia żona  uciekła z gachem do Anglii, wyprzedając pół majątku. Konie! Jego kochanie, które były całym światem. Nie załamał się.
Wybaczył jej – z tym się łatwiej żyje – powiedział krótko i zwięźle. Zacisnął szczęki.
            - Naprawdę jej wybaczyłeś? – spytała niedowierzająco Maria.
            Kiwnął głową. – Z tym się o wiele łatwiej żyje, moje dziecko – powtórzył.
Mama zamrugała oczami. Uwolniła swoje palce. Otarła łzy.
            - Ja tak nie potrafię, wiem tylko tyle, że moja córka jest bardzo uparta i nigdy się nie przyzna do pomyłki, ale przecież to kościół tak jej namieszał w  głowie. Rzuciła w swoją matkę kamieniem, bo sama jest jak kamień zatwardziała. – Zacisnęła usta. – I za co to wszystko?! – dodała rozdartym głosem. – Co zrobiłam źle?
            - Kamienie, moje dziecko bywają szlachetne – powiedział i zamilkł. Bezruch w pokoju stawał się wręcz namacalny. – Jeżeli nic nie można zrobić, to trzeba się pogodzić z losem – dodał. Dobrze wiedział, co mówi.
Pokiwał smutno głową. Przez chwilę spoglądał na nią nieodgadnionym wzrokiem.
            - Nigdy się z tym nie pogodzę! – stwierdziła, przygryzając wargi w zdenerwowaniu. – Od wielu lat nie czuję nic innego prócz bezsilnego gniewu i bezkresnego żalu. Zżera mnie – doprecyzowała.
            + Spójrz na powód swojej złości, Maryniu.
            - Powód jest znany.
            - Spójrz na to z innej strony; krytycznie, ale w stosunku do siebie – umilkł.
            Agnieszka zerknęła z ukosa na matkę. – Wszyscy tęsknimy za Krysią. Ja też, mamusiu. Bardzo. – Głos wibrował od emocji i od żalu.
             Boże, jak ona za nią tęskniła… za swoją Krysią i...za Heńkiem. Za Heńkiem też!
                                          NIESPRAWIEDLIWOŚĆ LOSU!
            - I to się nazywa wiara? I ty mówisz „dobra”? Zapomnieć o matce, ojcu, o siostrze? I to się nazywa wiara? – powtórzyła z goryczą jej matka, spoglądając w oczy dziadka, a potem w jej oczy.
Jej ręce drżały jak osikowe liście poruszane ciepłym wiatrem. Na drzewie siedział ptak. Przekrzywił głowę. Zakwilił z nadzieją na jakąś odmianę.
            - Ten zapał ducha misyjnego w Krysi przyniesie owoc, Marysiu, spróbuj to zrozumieć, moje dziecko. Nie każdy posiada ten dar od Boga, bo to najprawdziwszy dar; ta jej żywotność duchowa, ta wrażliwość, to bogactwo wewnętrzne. Mało jest ludzi tak bogatych swoim życiem – dodał z przekonaniem. – To już z pewnością nie kaprys – spojrzał na Tadeusza.
            - I cóż mi po tym, matce? – powiedziała z goryczą. Przez jej twarz przebiegł wyraz irytacji. – Czy wiesz, jak to boli? To jej oddalenie? I cóż mi po tym? Wyfrunęła beztrosko, poszybowała. I cóż z tego, że nie kaprys?  Że moja córka wie, czego chce?!
Spojrzała w niebo. Zacisnęła dłonie na kolanach ukrytych pod stołem.
            - Miłość to także lot ptaka szybującego w powietrzu, Krysia rozumie MIŁOŚĆ przez duże M, wiele godzin z nią spędziłem na dyskusjach. Coś wiem na ten temat… – zamyślił się na chwilę.
W oczach Marii pojawiły się łzy. Wzruszyła ramionami.
            - Może to banał ale czas naprawdę leczy rany – skwitował dziadek. Pogłaskał ją po włosach i spojrzał na Agę. – Ciebie też to dotyczy, dziecko. Jesteś silna, dasz radę. Wiesz o czym mówię? – spytał. – Bóg jest w każdym z nas, jest częścią doli człowieczej – dodał i zerknął na nią z ukosa, potem na ptaka. Przymrużył oczy.
            - Wiem, dziadziu… ale ja nie jestem taka jak Krysia i przyznaję rację mamie.
Pokiwał głową."