wtorek, 24 lutego 2015

Szansa na szczęście

 

"Szansa na szczęście" - to książka psych. obyczajowa; pełna emocji, wzruszeń i tajemnic, które stanowią odbicie zagmatwanych ludzkich losów i paradoksów, jakie stwarza samo życie. 

Urywek powieści:

„Rozbudziło się w niej echo dawnego bólu. Bardzo dawnego… i jakże skrajnie innego.   
I zupełnie nie mogła zrozumieć, skąd w ludziach tyle wrogości niepasującej do sytuacji. Zacisnęła szczęki próbując się wyciszyć i chwyciła pędzel. Malowała w szalonym tempie. Jej palce zdawały się poruszać niezależnie od myśli. Ciemne, posępne barwy światła przelała na płótno z pasją, determinacją.– Niepewność – nazwała obraz, dokładając farby.– Pęknięcia na nim sączą piasek… zasuszone płatki myśli, skurczone. Światło nad nim nie daje wyboru; może choć jakiś cieplejszy dotyk zawieszony w powietrzu nabierze ciepła… a może rozplecione, niespodziewanie myśli… ułożą się w jakiś kształt wyraźniejszy? Akurat! Histeryczny śmiech podszedł do gardła. Przełknęła go, jak przez te wszystkie zgoła cztery lata małżeństwa z Janem, przełykała swoją dumę i swoją porażkę.
Myśli pognały wstecz. – Powiało wiosną, kiedy go poznała. Myląca powierzchnia zdarzeń, słów i stało się. Rozum poszedł na urlop. Rozleniwiony, rejestrował same zalety! Jan, będzie jej przystanią. Po pół roku znajomości pobrali się. I teraz ma! Ich małżeństwo nie było bezpieczną przystanią. W ogóle nie było przystanią. Było łodzią na rozszalałym morzu, a on zatapiał tę łódź. I cóż, że nieświadomie? Ale zatapiał. Ją, też. Nawet nie umiała pływać. Nawet nie umiała chcieć. Bronić się. Po prostu była. Pod ręką. Cicha. Ustępliwa. Bez większych wymagań. Prymitywny lęk i świadomość gorzka jak pigułka uspakajająca nerwy. Zbyt dużo tych pigułek… Podeszła do okna i machinalnie je otworzyła. Wyjrzała. Za oknem chłodny, ponury smutek. Wbiła wzrok w nieistniejący punkt, bezskutecznie przywracając umysłowi spokój. Wiatr zmarszczył twarz, szarpnął włosami. Wydobył niezrozumiały niepokój. Był to tylko niepokój? Nie, to było coś znacznie gorszego. Miała swoje upiory. Odzywały się. Gdzieś w najgłębszych pokładach jej pamięci tkwiło jakieś dręczące wspomnienie, którego nie mogła dopasować do żadnej sytuacji. Uspokój się, uspokój… Zamknęła okno i poprawiła firankę. Jak to uczynić, gdy za oknem hałasuje wiatr, mąci myśli, przepędza te bardziej optymistyczne, a tchórzostwo pozostaje górą. Wymościło sobie miejsce i tłucze umysł, że to wszystko takie banalne, że marnuje sobie życie na własne życzenie i że nic nie potrafi z tym zrobić. Psychiczne odrętwienie. Depresja? Myśli powinny mieć kierunek, cel. A jej myśli? Odbijają się od jakiejś niewidocznej bariery strachu, pulsują.
Niebo rozdarła pierwsza błyskawica, a następnie rozległ się potężny grzmot. Upłynęło parę sekund, zanim zdała sobie sprawę, skąd ten ogarniający ją niepokój, a kiedy zrozumiała, znajome uczucie wielkiej straty napłynęło falą do jej serca – mama…
Był taki sam dzień, gdy„ odeszła”. To było tak dawno… Uruchomiła wehikuł czasu, włączyła w nim wsteczny bieg. MAMA... Szczupła, ciemne loki, duże niebieskie oczy. Patrzą na nią zamglone, zapłakane, na małą dziewczynkę ze śmiesznymi warkoczykami.
– Czemu płaczesz mamusiu?
– Nie płaczę – powiedziała i wyszła. Zrobiło się mroczno i zimno. Przylepiła nos do szyby – mamusiu… Za oknem padał deszcz. Wielkie krople rozmazywały się po szybie. Ściekały jak jej łzy. Łzy małej dziewczynki. Bezradne. – Mamusiu…
Nadchodził wczesny, o wiele za wczesny zmrok. Zrobiło się czarno, ani jednej gwiazdki, ani krzty nadziei.– Mamusiu…– zawołała rwącym głosem. Ale ona nie usłyszała jej krzyku rozpaczliwego, jej szlochu. Odeszła w tę ciemność nieświadoma jej strachu. Nieświadoma niczego. I zrobiło się strasznie cicho. Coś wisiało w powietrzu. Jej szybki wystraszony oddech, mokry od płaczu? Nie, to ta cisza, która wydawała się nie odchodzić, wtopiona w jej strach bezwolny – zwiastun nieszczęścia?
– Mamusiu… mamo… – Oddech zamarł w oczekiwaniu.
– Mamusiu…u…u…
Słowo odbiło się echem jak fala uderzeniowa po przekroczeniu bariery dźwięku.
– Dziecinko, chodź…
Ciepłe ramiona babci. Zmęczone, wiotkie jakieś. Nie ten głos i daleki, stłumiony grzmot. Wszystko było niesamowite; dziwne światło zachodu, dziwne dźwięki rozmów, wyciszone, niepewne, i to spojrzenie babci, ten grymas na jej twarzy, oczy pełne żalu.– Chodź maleńka…
– A mama?
Pomruk za oknem, zalane szyby i zgarbione ciało babci. Skurczone w bólu?
Agata westchnęła cichutko. Dlaczego wciąż to bolało, uwierało myślą? Zresztą bolało prawie wszystko. Myśli galopowały jej przez głowę – żyła z dnia na dzień, czekając, aż coś z zewnątrz lub w niej eksploduje, nada sens życiu, a jej marzenia stopniowo uciekały. Wyczerpały się pomysły, strategie, inspiracja. Zostało jedno – głęboko zakopane: Motylki w brzuchu, dziecko… Jednak to marzenie nie miało prawa się spełnić. Nigdy. Jan odgrodzony murem niezrozumienia, stał na straży, zaszczepiony przeciwko zdrowym argumentom.”

Powieść dostępna u autorki z dużym rabatem i w księgarniach Piły oraz Nowej Dęby.