piątek, 7 czerwca 2013

Spotkanie literackie (Biblioteka w Pile)

W czerwcu (15) mija pierwsza rocznica wydania mojej debiutanckiej powieści:
"Szansa na szczęście". Udało mi się wydać jeszcze trzy następne:
 " Co ja tu robię?", "Życie jak obsesje" i " Przemaluj ten obraz".

 Na dzień dzisiejszy wydane mam cztery książki. Jak widać rozpędziłam się. Niedługo będzie piąta pt. " Samotność w pułapce" .
Poniżej zamieszczam urywek.



"Skrzywił się i spojrzał w las, z którego wyskoczyła sarna i zgrabnie przeskoczyła tory spłoszona hukiem nadjeżdżającego pociągu. Po chwili zobaczył postać kobiecą wyłaniającą się z potężnej zaspy śnieżnej. Podeszła chwiejnie i przylepiła nos do szyby jego poczciwego, starego bmw.
Co za licho? Pijana prostytutka? W zimie? Śnieżynka? Nimfa leśna? Nie, nimfy to chyba latem… Zamrugał z niedowierzaniem. Nie, nie miał omamów.
Szeroko otwarte oczy młodej dziewczyny; tragicznie zagubione, zamknięte we własnym świecie rozpaczy spojrzały tak, że na moment stanęło mu serce. Wyjął ze schowka chusteczkę higieniczną i przetarł zaparowaną szybę. Jeszcze raz spojrzał i przechylając się, otworzył drzwi samochodu od strony młodej kobiety.
         Wyciągnęła ręce, a potem opuściła je bezwładnie i zamarła jak lodowy posąg, tylko jej uśmiech zalśnił w półmroku; nieśmiały, wyczekujący, błagalny? O nie, tylko nie to… Chwilę się wahał. Nie bardzo mu się chciało komukolwiek pomagać. Był wyczerpany długą podróżą z Bremy i wietrzył kłopoty.
No tak, kłopoty to jego specjalność. Nie omijały go w żadnym momencie życia i przeważnie wynikały z tego, że zbyt mocno angażował się w sprawy, w których powinien być jedynie chłodnym urzędnikiem. Do licha! Zamrugał i próbował skupić rozlatany nagle wzrok. Nawet w przyćmionym świetle widział łzy spływające po policzkach dziewczyny i skapujące na jej granatową elegancką sukienkę z rękawkiem trzy czwarte.
Uśmiechnęła się z wysiłkiem, a raczej wykrzywiła twarz łapczywie chwytając haustami zmrożone powietrze. Wstrząsnął się i on mimo woli.
– Ktoś ci chyba musi pomóc, mała, a nikogo oprócz mnie tu nie ma, wsiadaj – powiedział po chwili, jakby odkrył Amerykę. – Wsiadaj i zamknij drzwi – powtórzył.
         Dziewczyna, widząc otwarte drzwi, odetchnęła wolno. Tak, ktoś jej musiał pomóc, to wiedziała na pewno i wręcz rozpaczliwie chciała przetrwać. Jeszcze moment i zamarznie tu na tym pustkowiu bez ludzi i domów. Wkoło las, śnieg i ten jedyny samochód, który jawił się jej wybawieniem. Był wybawieniem.
– Mogę…? – wybąkała, zawieszając głos.
Teraz z trudem oddychała, jakby coś nagle wyssało wokół niej całe powietrze, albo też nałykała się zbyt dużo zmrożonego.
Spojrzenie bladych, zmęczonych oczu zmierzyło ją od stóp do głów, analizując badawczo, jak pod mikroskopem. Rozejrzała się bezradnie.
– Już powiedziałem, wsiadaj. Gdzie mam cię zabrać? – spytał krótko i podniósł dłonie w geście kapitulacji. Uśmiechnął się.
– Nie wiem… – zawahała się – byle było ciepło – dodała cichutko, mechanicznie pocierając zgrabiałe ręce aż po łokcie. Zabrzmiało niezbyt rzeczowo i bardzo żałośnie.
– To znaczy? Do najbliższego miasta spory kawałek, ja jadę do Wrocławia, to jeszcze dalej... Więc? – rzucił i wydawało mu się, że rzeczowo.
Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem kobiety bliskiej obłędu, sadowiąc się na siedzeniu.
– N… nie wiem… – powtórzyła i otrzepała śnieg z sukienki.
Zadrżał jej podbródek i znów popłynęło kilka łez, które otarła skostniałą z zimna ręką. Cała była skostniała niczym sopel lodu przytwierdzony mocno do gałęzi drzewa. Oczy miała puste, jakby patrzyła na nieznajomego z tramwaju. Przywodziły na myśl niebo oglądane z okna samolotu; bezkresna szarość, która była wszędzie i nigdzie zarazem.
Walter przez chwilę przyglądał się dziewczynie, marszcząc czoło. – Długie, czarne rzęsy kładące się na policzkach, skulona, wystraszona w sobie i piękna w każdym calu. Czy zna tę twarz? Nie, chyba nie… Aktorka? Piosenkarka? Dziewczyna z plakatu? Gdzieś pewnie już ją widział. Pamięć miał niezłą, ale nie mógł przypomnieć sobie ani czasu, ani sytuacji, w której mógłby tę małą spotkać. I pewnie nie spotkał. Takiej twarzy nie zapomina się nigdy, pomyślał. Pewny był jednego – tak wyglądają osoby desperacko potrzebujące pomocy. Do diabła! – przeklął znów w duchu. – Będą kłopoty i pewne zapalenie płuc. Najlepiej zawieźć ją gdzieś prosto do szpitala.
– Nie wiesz? – upewnił się, zdziwiony.
Pokręciła głową. – Nie… e… e – umilkła, próbując pozbierać się w całość.
Twarz Waltera z wolna rozjaśniła się uśmiechem. Dziewczyna była jak leśny, przymrożony duszek, który spadł z drzewa lub prosto z nieba. Spojrzał w zaśnieżony las, w górę, ponad wierzchołki drzew.
– Skąd się tu wzięłaś? Spadłaś z nieba? Z gwiazdy, Śnieżynko? – spytał i wydało mu się, że jest dowcipny.
Na jej ustach pojawił się skurcz, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za uśmiech. No tak, pomyślał, komplement policjanta…  Wykrzywił usta. Nie, on był inny, tyle że nieprzyzwoicie zmęczony. Potarł czoło. Po co pyta? Rwać do przodu byle szybciej, gdziekolwiek by ją miał odstawić.
– Z… nieba? Z gwiazdy?– powtórzyła dziewczyna i poruszyła się niespokojnie. Strząsnęła śnieg z długich włosów, potrząsając głową.
Nie… z nieba nie spadła.  Ale skąd się tu wzięła? Nagle zrobiła się bryłą lodu, już nie soplem, a obok niej rozchwiana rzeczywistość. Zimna. Obca. Jakieś dźwięki przychodzące z daleka i nagle usłyszała ciszę utkaną z trwogi i jej wstrzymywanego oddechu.
         Walter uruchomił silnik. – Ta młoda osóbka powinna jak najszybciej znaleźć się w cieple, pod dachem, pomyślał po raz setny. Rozmowę przełożył na później, właśnie szlaban poszedł w górę.
Kobieta zacisnęła zęby, żeby przestały szczękać. Nie dało rady. Skuliła się, podciągając nogi. Ramionami przyciskała dygocące kolana do piersi, ale palce miała sine z zimna i zbyt zdrętwiałe, by mogła je spleść. Po twarzy płynęły bezradne łzy, których już nie próbowała ocierać. To lód się topił i zamykała się w ciszy. Groźnej, niesamowitej. Skąd?...Skąd się tu wzięła? – przemykała co rusz niespokojna myśl, wykrzywiając jej usta. Jej ciałem wstrząsały dreszcze, chcąc wydobyć coś, cokolwiek z zamarzniętego mózgu. Biała pustka. Dygocąca jak ona sama. I tylko mocna chęć przetrwania.
– Już wszystko w porządku, Sarenko – powiedział współczująco mężczyzna, spoglądając w las, gdzie przed chwilą zniknęła sarna, a potem w jej nieobecne oczy, które bardzo chciały być obecne. Wszystkiego by się spodziewał, ale to…
Uruchomił silnik i pomału przejechał tory, ale i tak wstrząsnęło jego starym rupieciem, czyli samochodem. Niedługo się rozleci, jak ja ze starości, a ta, przychodzi o wiele szybciej, gdy człowiek jest sam, pomyślał z rezygnacją. Był sam.
          Uśmiechnął się krzywo do swoich myśli i spojrzał na dziewczynę. Światła przejeżdżających samochodów świeciły jej w oczy, gdy patrzyła zagubionym, szklanym wzrokiem na sznur aut pędzących autostradą na południe. Milczała skulona, szczękając zębami. On też milczał, skupiony na śliskiej drodze.  Włączył ogrzewanie na cały regulator, pogrzebał w schowku i podał jej dwie polopiryny. Zawahał się i dołożył jeszcze jedną – jeżeli ma pomóc, to tylko dawka uderzeniowa. Na sobie to w końcu wypraktykował.
– Łyknij to… Później pogadamy i pomyślimy – powiedział zmęczonym głosem. Chrząknął i podsunął dziewczynie butelkę wody.
Bez słowa, wciąż dygocąc, spełniła polecenie wybawiciela. – Później pomyślimy… Później pomyślimy… Zamknęła oczy i natychmiast zasnęła. Walter odruchowo przykrył ją swoim kożuchem, po który sięgnął na tylne siedzenie i uśmiechnął się pod nosem. Nieco rozczuliła go ta mała, a może tylko zaskoczyła? Takiego wydarzenia nie mógł spodziewać się żadną miarą.
         Zerknął na dziewczynę, wyprzedzając jakiś samochód; była niewiarygodnie piękna i niewiarygodnie zmarznięta. Nic dziwnego; środek zimy, co najmniej –10 stopni C, a ona w samej sukience. Brr… Jeszcze raz dotknął ją wzrokiem. Co u diabła? Skąd się toto tu wzięło? Wzięło, nie wzięło, czy spadło z nieba, będzie miał kłopot. To pewne jak to, że wcale nie miał ochoty komukolwiek pomagać. Podwieźć ewentualnie gdzieś niedaleko. Właśnie wracał od chorego brata i całą drogę zastanawiał się jak będzie wyglądała jego starość, gdy na przykład rozchoruje się poważnie, lub na co dzień będzie potrzebował pomocy jak Janusz, jego brat o wiele lat starszy od niego. Właściwie powinien tam z nim zostać już na stałe, tylko… tylko… No właśnie! Czy już nic lepszego nie należy mu się od życia jak niańczyć brata?! Janusz ma córkę, daleko, bo daleko i mieszkają osobno; on w Niemczech, Anula we Wrocławiu, ale miałby się kto nim zająć. Ma również gosposię, która się nim opiekuje, przynajmniej za dnia, ma też za sobą ciekawe życie pełne miłości, a on? Sapnął rozdrażniony. Zmarnował życie na własne życzenie.
 

 Mój jubileusz był jednym z milszych spotkań przy kawie i ciastku. Serdeczna miła i ożywiona dyskusja.



 Prezentowałam też urywki wszystkich moich książek.

 Podobały się.  Panom też.