piątek, 17 czerwca 2016

OBSZERNY FRAGMENT POWIEŚCI: Życie jak obsesje



 OBSESJA


– Mówiłaś, że wyjeżdżasz jutro do Egiptu. Stało się coś, że tak nagle? Jedziesz sama, prawda? Aneta spojrzała z uwagą i już była przy Annie. Chwilę stała nad nią, gotowa ją objąć, szepnąć słowa pocieszenia. Anna spojrzała ze zmęczeniem. Pokiwała głową i rozkleiła się trochę. Aneta tak bardzo przypominała jej nieżyjącego już brata. Te same oczy pełne troski, ten sam szczery uśmiech przybliżający wyznania.
Rozkleiła się zupełnie. – Tyle przeżyć w tak krótkim czasie. Była pewna, że w tych ostatnich dwóch snach widziała Kazika, a i chyba nie tylko we snach. Jej kolega szkolny miał obsesję na jej punkcie już od czasów wczesnej młodości i spodziewała się, że będzie ją chciał wcześniej czy później odnaleźć. Ostatnio dużo o nim myślała. Czy był psychopatą? Mieszkał daleko, nic o niej nie wiedział, ale różnie to mogło być. Dopóki mieszkała z Robertem, nic jej nie zagrażało, jednak jej separacja z mężem stwarzała nowe możliwości w chorym umyśle Kazika. Te cienie wczoraj poza oknem, te głuche telefony…Była pewna, że to Kazik spoglądał w jej okno. Namierzył ją najwyraźniej. Wzdrygnęła się.
Raz jeszcze spojrzała w ciemność swoich myśli czując się jak pyłek w lawinie wydarzeń, które muszą się pojawić. Na jej kłopoty nałożył się ten największy – zdrada Roberta. Wszystko to było nieznośne aż do bólu i przyprawiało o zawrót głowy. Westchnęła, chwyciła dzbanek ze świeżo sparzoną kawą i weszła do pokoju, spoglądając na Anetę. Przez chwilę zastanawiała się co powiedzieć bratanicy, a co ukryć. Nie, nie powie jej o Kaziku, to zbyt skomplikowane, a poza tym nie chce jej straszyć.
– Jutro raniutko wylatuję do Egiptu, Anetko – powiedziała ściszonym głosem. Muszę się oderwać od kłopotów choć na chwilę, bo tak czy owak trzeba będzie się z nimi zmierzyć w niedalekiej przyszłości. Od tego się nie ucieknie – dodała, uśmiechając się blado.
– Czy coś się stało ciociu? Aneta na chwilę wstrzymała oddech, a kiedy się znów odezwała, w jej głosie wyczuwało się oczekiwanie.
– Moje małżeństwo Anetko rozpadło się na dobre. Już go nie ma – powiedziała niemal bez żalu. – Pozostał jednak stres, od którego chcę się uwolnić, a tu, na miejscu, nie jest to możliwe – dodała.
Aneta spojrzała zdziwiona, nie podejmując jednak tematu. Kiedyś, ciocia powie sama.

O czwartej rano wysiadła z taryfy i wraz z tłumem ludzi skierowała się do dużej hali wylotów, ciągnąc na wózku ciężką torbę.
Wszystko tutaj jaśniało; podłoga lśniła, wyjeżdżający pasażerowie promienieli uśmiechami. Ona nie. Głos z megafonu obwieszający loty, zagłuszał myśli. Wszystko będzie dobrze, powiedziała do siebie, zapinając pasy. Zamknęła oczy. Sen na chwilę uwięził ciało. Ostatnie dni tak bardzo ją wyczerpały, że przestawała czuć cokolwiek, prócz zmęczenia.
Po pięciu godzinach wysiadła z samolotu. Upał i popołudniowe światło słoneczne poraziło ją, przenikając boleśnie do głowy i tak już pękającej od natłoku myśli. Buchnęło żarem. Różnica temperatury między Polską a Egiptem, była przynajmniej ze dwadzieścia stopni, a ona w dżinsach i adidasach. Zaraz się roztopi.
W szkle zmętniałych od pyłu szyb autobusu, który całą grupę ludzi rozwoził po hotelach dostrzegła odbicie własnej twarzy; pociągłej, atrakcyjnej, ale i zmęczonej duchotą i troskami ostatnich dni. Wreszcie dojechali na miejsce.
Wzięła letni prysznic i wyszła na balkon wyrwana z pamięci czasu. Został tam, daleko. Chyba…
– Hello! Nice to meet you... – Z przyległego balkonu powitał ją miły męski głos.
– You too – odpowiedziała i uśmiechnęła się w odpowiedzi, mrużąc oczy w ostrym słońcu, które jednak wlało w nią potężną czarę optymizmu.
Wtopiła się w ciepło dnia a siebie samą odłożyła na lepsze jutro.
Mężczyzna przyglądał jej się z zaciekawieniem w oczach. Mówił z poprawnym angielskim akcentem, jak ktoś z wyższej sfery, a jednak w pewnym stopniu sprawiał wrażenie, jakby nie był Anglikiem. Coś musiała wtrącić po polsku, bo szybko zmienił język.
– Polka?
Uśmiechnął się przyjaźnie. Zerknął na nią i pomyślał, że jest kobietą niemal doskonałą. Przesunął wzrokiem po jej zgrabnej figurze i skoncentrował się na oczach. Były niezwykłe.
Szybko nawiązali znajomość.
– Idziemy w plener? – spytał miękko i otulił ją tym głosem.
Kiwnęła głową i zaśmiała się. – Okay.
– Interesujesz się polityką, Anno? Jego lśniące oczy spoczęły uważnie na jej twarzy. – Jestem zanurzony w polskości po brzegi, a wiem tyle, co z telewizji, a to, sądzę, o wiele za mało.
– Tyle, o ile. Wszystkie media na okrągło mielą coraz to nowe sensacje. A prawda jest taka, że stale coś nowego się rodzi, co rusz bardziej absurdalnego. Pewnie niektórzy z posłów powinni wziąć korepetycje z logiki, powiedziała. Chodźmy gdzieś w cień – dodała ze śmiechem. – Ostudzę emocje.
– A jest tu gdzieś cień?
Roześmiał się, pociągając ją za rękę. Szli w cieniu rzucanym przez wysokie hotele, a mimo wszystko żar lał się z nieba jak gorący prysznic. Słońce przenikało przez skórę i parzyło szybko płynącą krew. Weszli pomiędzy senne domy.
– U was, w Polsce, rzeczywiście dzieją się teraz niebywałe rzeczy…Głowa mała…
– Owszem. Nieciekawe mamy czasy – umilkła. – Chyba, że ktoś lubi igrzyska. Zaoferowano nam życie w świecie chaosu, w przygnębiającym i pogłębiającym się absurdzie.
– Ale teraz już chyba troszkę lepiej jak rządzi PO? – spytał.
– Chciałeś powiedzieć: Nowy rząd stara się zbyt często nie klękać, jak to było wcześniej, ale to bardzo trudne i te ciągłe kłody pod nogi. Nieporozumienia i kłótnie na linii prezydent – premier. Bitwy o samolot, bądź Ważność. Zajrzała mu w oczy. – Chyba za dużo mówię. Dla człowieka, który mieszka poza granicami kraju, to pewnie źle zabrzmiało. Czy tak?
– Wszystko co mówisz brzmi jak muzyka, którą kocham. A muzyka bywa również ciężka.
Uśmiechnął się kącikami ust.
Szli w cieniu rzucanym przez wysokie hotele, a mimo wszystko żar lał się z nieba jak gorący prysznic. Słońce przenikało przez skórę i parzyło szybko płynącą krew. Ogromna biało – czerwona budowla zębatymi murami, groziła niebu. Drganie powietrza tworzyło pozór ruchu. Cyprysy, palmy i tuje stały na tle białych ścian budowli.
– Co za widoki… Oczy Anny sypnęły iskrami. Świat na chwilę wstrzymał oddech.
Dni płynęły jak szalone. – Cieszę się, że cię tu spotkałam Karol, powiedziała i westchnęła z ulgą. Moje życie zaplątało się. Zawsze zresztą było zaplątane. Jest szansa, że chwycę równowagę, dodała, leciutko dotykając jego dłoni.
Prostota tej wypowiedzi uderzyła go tak mocno, że nie był w stanie wymyślić nic sensownego, co mógłby jej powiedzieć, a co nie wybrzmiało by głupio. Znali się przecież tak bardzo krótko. Z niezrozumiałą tęsknotą pomyślał, jakby to było dobrze wpaść w jej ramiona i w jej życie. Nie wyglądała jednak na kobietę, która była na to gotowa. Nie wiedział jeszcze co, ale coś musiał zrobić, żeby ta kobieta nie umknęła z jego życia. Dotknął jej dłoni.
Nie cofnęła ręki. Była przyjemnie ciepła i emanowało z niej uczucie.

I już codziennie witały ich wysmukłe palmy, chyląc w ich stronę swoje zielone pióropusze, cudowne we wszystkich barwach krzewy kwiatowe i w niewielkim oddaleniu błękitne morze. Cisza drgała i jego myślą i myślą Anny. – Zostać tu, zostać niewielką cząstką świata na plaży, ziarenkiem piasku, zanurzonym w słońcu…Przekrzywiła głowę.
– Myślę o tym, że zastygam już w upale Egiptu jak owad w bursztynie, zapominam o Polsce i kłopotach i szkoda, że te dni mijają tak szybko – powiedziała cicho. A teraz wracamy do hotelu. Jutro znów będzie dzień. Spojrzała w niebo. – Popatrz tylko na gwiazdy. Wybiegnij im naprzeciw. Lecą w przestrzeni, którą trudno ogarnąć myślą – dodała, rozmarzona.
– Jutro załatwimy wycieczkę na safari, oglądniesz zachód słońca i nie tylko – odpowiedział i uśmiechnął się, spoglądając również w niebo. – Myślę, że tam, na pustyni dotrzemy do gwiazd, ale uważaj Anno, one są groźne. Przędą promienie aż do serc ludzkich i nietrudno zaplątać się w tę sieć. A teraz życzę ci przyjemnych snów, powiedział pod jej drzwiami. Dotknął ją wzrokiem.
Poczuła krążenie krwi i swojej i jego – Gwiazdy zaczynały prząść. Sprawy posuwały się szybko do przodu.

Wkrótce porwały ich wzburzone fale namiętności. Tak się musiało zdarzyć i urlop musiał też dobiec końca. Wyszli po raz ostatni na spacer, trzymając się kurczowo za ręce. Miasto tonęło w słońcu, dzień był cudowny, ale nie dla nich; Widzieli przechodniów, mężczyzn, kobiety w chustach na głowie, oświetlone promieniami słońca fasady domów, rozmazane przez słupy wirującego pyłu. Wszystko to pomazane nieszczęściem. – Jutro się rozstają. Każde z nich wylatuje w inną stronę.
– Nie chcę ci dziś niczego obiecywać, ani budzić płonnych nadziei. Muszę poukładać swoje sprawy, przemyśleć wszystko. To musi trochę potrwać. Nie ponaglaj Karol – powiedziała wbrew sobie, gdy zapytał z miłością wykrzyczaną wzrokiem, czy już będą razem. – To koniec??
Brak wiary rozrywał mu mózg, a gardło ścisnęło się w supeł.
Otulił ją dotyk tęsknoty. Opuszczone powieki zamazały odwagę. Żar poszedł w słowa, które lepiej przełknąć. Przełknęła. Dopadło zmęczenie i nawet słońce je poczuło. – Zgasło łuną czerwieni. Nagle. Zbliżył się dotyk zapomnianego czasu.
Światło poranka stanęło nad nią nie dając wyboru. Samolot już bielał  w blasku, podtoczono schodki. Już niemal rozpłynęła się w świetlistym błękicie, jeszcze tylko pomachała ręką. Skurczona, zmięta. Tak musi być, tak musi być, powtarzała sobie z najgłupszym w świecie uporem.

Dom był pusty, świeżo posprzątany, kwiaty podlane. – Ślad po Anecie. Przesłuchała sekretarkę w telefonie stacjonarnym – jeden obcy głos – Anno, gdzie jesteś?!
Po kręgosłupie przeszedł dreszcz strachu. Dotknęła go. Tak, już doskonale wiedziała czyj to był głos. Nie, nie wywinie się z tego spotkania z przeznaczeniem, może jedynie go prześpi. Noc nie zamykała jednak oczu. Dźwięki pochodzące z głowy osaczyły ją. Wszystko nadal było nie tak. Stary strach, z przeszłości, irracjonalny, powrócił na fali oddechu. Nie wiedziała skąd nadchodzi i dlaczego ale wiedziała, że jest znów częścią jej życia. Nie uległ niestety zapomnieniu, lecz tylko zapadł gdzieś głębiej, przyczaił się. Pomyślała z niepokojem, że wkrótce ugrzęźnie w nim znowu.
Usnęła na kilka niespokojnych chwil.
Rano ubrała się i wyszła na zakupy, ale nie zaszła zbyt daleko.
– Kazik?? Kupę lat… – Umilkła wystraszona, ledwo łapiąc oddech.  
– Wreszcie jesteś…W końcu cię odszukałem Anno. To już tyle lat, mówił szybko.– Chwycił jej ręce i podniósł do ust. – Chcę porozmawiać z tobą, może gdzieś usiądziemy? Usiądźmy, proszę.
Napierał prawie na nią. Uśmiechem rozgrzewał chłód ulicy. W mokrym powietrzu uniosła się mgła paniki. Jej paniki. Przez chwilę stała nieruchomo jak skała, niezdolna wydobyć z siebie jednego słowa. Ciało jej zdawało się kurczyć i tracić elastyczność.
Kazik złapał ją za ramiona i lekko nią potrząsnął, trzymając w pewnej odległości od siebie. Chwilę stała nieruchomo jak zwierzę, które zamarło na widok drapieżnika. Już mu się nie wywinie, musi go przechytrzyć. 
– Wiesz...a może przyjdź do mnie później, może jutro?  – Uśmiechnęła się w miarę swobodnie. Przygotuję się do tego spotkania po latach – coś upiekę smacznego. Lubisz ciasto, prawda?
– Dobrze. – Zgodził się po chwili wahania i wyraźnie ucieszył. O której mam przyjść? – spytał prędko. Wieczorem, zgoda? – Upewnił się.
– Zgoda. Do jutra Kazik– powiedziała szybko. Porywisty wiatr rozwiał jej włosy i smagnął nimi po twarzy.

Weszła do domu na ołowianych nogach. – I co teraz?? Usiadła ciężko w fotelu i wciąż od nowa rozważała, co powinna zrobić; Musi wyjechać, to pewne. Tylko gdzie? Do Karola? Przez moment bezskutecznie próbowała uspokoić rozbiegane myśli, wpatrując się w grę księżycowych promieni na ścianie naprzeciwko okna. Położyła się w ubraniu na łóżku. W  takim stanie, myśli te nie prowadzą do niczego rozsądnego, pomyślała wciskając głowę w poduszkę. Gdzieś na dole za oknem, głośno i piskliwie krzyczały jakieś dwa głosy, kłóciły się i wymyślały sobie. Czemu oni tak hałasują? – Przeleciała myśl i na chwilę przerwała gorączkowy bieg myśli. Wstała i wyjrzała przez okno na zewnątrz. Na niebie mrowiło się od gwiazd; dużych, roziskrzonych niespokojnie. Zadrżała, przejęta chłodem. Dwie postacie machając rękoma oddaliły się w mrok. Na wprost jej okien zdawał się czaić cień...mężczyzny. Chwilę obserwowała go. Żołądek rozpalił się, a serce przyspieszyło gwałtownie. Mój Boże, tak, to był Kazik! Obserwował jej dom. No, nie! Pulsowanie krwi zabolało w uszach. Zaciągnęła rolety i zatoczyła się w stronę łóżka jak zmęczone dziecko. Zakopała twarz w poduszkę. – Zdawało mi się, pomyślała spanikowana. To ja mam obsesję, a nie on! Muszę to przespać. To nerwy.
Nie zdążyła się jeszcze dobrze rozebrać, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Robert wrócił? Co za licho? Machinalnie je otworzyła. Powinna jakoś inaczej zareagować, czy choćby upewnić się kto za nimi stoi, ale je po prostu otworzyła, nim zdążyła pomyśleć.
– Wejdź...
To było wszystko, co zdołała wypowiedzieć, zupełnie zaskoczona widokiem Kazika. Miał przyspieszony oddech, jakby biegł po schodach. Jej serce przestało bić na moment i poczuła, że podchodzi jej do gardła. Adrenalina naciskała.
– Nie cieszysz się? Przecież mnie zaprosiłaś… – powiedział, widząc jej bladą nagle, napiętą twarz i drżące dłonie.
– Tak…ale na jutro. Jutro miałeś przyjść. Jest już bardzo późno…
Czuła, że potrzebuje trochę czasu żeby ochłonąć. Kazik, tą niespodziewaną wizytą zupełnie wytrącił ją z równowagi. Patrzył na nią i mrugał oczami, które iskrzyły się. Drżała pod jego przenikliwym spojrzeniem i czuła, że za chwilę jej oszalałe serce wyskoczy z piersi, spoglądając jak przestraszone zwierzątko, które szuka sposobu ucieczki, a nie mogąc go znaleźć, kurczy się w sobie. Nie mogła wydobyć głosu. Przełknęła głośno ślinę.
– Mówiłaś, że wieczorem… – powtórzył, mrugając oczami.
Wszystko w nim pulsowało, każdy mięsień twarzy. Wyglądał jak smukła czarna pantera w każdej chwili gotowa do skoku, w której wnętrzu kłębi się zakumulowana energia. Noc i przyciemnione światło, zakryło jej strach, choć pewnie emanował z całego jej ciała. Przez plecy przeszedł zimny dreszcz i poczuła się jak zwierzę, na które polują.  
– Tatusiu, tato…Pomóż mi... Zaczęła się w duchu modlić, wzywać nieżyjącego już ojca. Zawsze był blisko, zawsze pomagał. I usłyszała głos, który szeptał jej wprost do ucha: Bądź dzielna, nie poddawaj się.
Jesteś inteligentna, poradzisz sobie...
Dawno temu nauczyła się panować nad strachem, teraz jednak zrobiło się to znowu bardzo trudne. Podeszła do okna. Rozjarzony księżyc zaglądnął w jej twarz. – Zastanów się, zastanów...
– Nie, Kazik, źle zrozumiałeś. Umawialiśmy się na jutro, na osiemnastą – sprostowała niepewnie.
Spojrzał zdziwiony. Speszył się.
– Tak? Okay, już idę, aczkolwiek niechętnie, a może… – Urwał i spojrzał na zegarek – ale przyjdę jutro po pracy, tak? – Upewnił się drapieżnym głosem.
Kiwnęła głową.
Kiedy poczuła, że przyciąga ją do siebie, w pierwszym odruchu chciała się oprzeć, ale natychmiast zrezygnowała, zdając sobie sprawę, że tylko okazując mu przychylność, może uśpić czujność. Wyszedł. Odczekała chwilę z bijącym sercem i zadzwoniła do LOTU, później do Karola. Miała jednak trochę szczęścia, dostała bilety.
Powoli otrząsnęła się z odrętwienia, jakie przyniósł szok, a po chwili znów poczuła spazm ogromnego strachu. Przez te wszystkie lata obsesja Kazika w namacalny sposób przerodziła się w jakieś szaleństwo, w obłęd. – Musi zniknąć z domu, musi!
Rozpoczęła się gonitwa myśli, która trwała niemal do rana. I to uczucie bezradności… Niewidzialny lek wpełzł w jej ciało.
  
Rano omiotła wzrokiem jeszcze raz pokój i  ruszyła w stronę wyjścia. Zawahała się chwilę, z jedną ręką już na klamce. Znów zapadała w głąb znajomego wiru. Uciekam z kraju, pomyślała, kiedy przyspieszenie wciskało jej ramiona w fotel samolotu. Uciekam, a na dodatek, do ledwie co poznanego mężczyzny. Westchnęła. Tak trzeba. Musi przeczekać. Nie ma innego wyjścia. Przymknęła oczy blade ze zmartwienia. Jej przyszłość nie rysowała się różowo, niemniej teraz wolała się nad tym nie zastanawiać.

Wyjrzała przez okno, wsłuchana w buczenie silników samolotu. Pod nią rozciągała się bezkresna przestrzeń, ale już niedługo miała się znaleźć w innej scenerii. W innej scenerii…Ostrożnie i powoli zaczynała czuć nadzieję.

Z daleka zobaczyła Karola. Przywitała ją smagła twarz z elektryzującymi błękitnymi oczami, błyszczącymi radością. 
– Witaj Anno. Już skłonny byłem pomyśleć, że o mnie zapomniałaś. – Spojrzał na jej torbę. – Nie masz zbyt wiele bagażu, powiedział.
 – Ale szczoteczkę do zębów mam. – Uśmiechnęła się kącikami ust.
Pocałował ją wolno i zmysłowo. Jego ramiona oplotły ją mocno, przywracając światu normalny ład. Spojrzała mu w oczy. Był w nich cały ocean radości.
– Jak to dobrze, że jest, pomyślała wzruszona. Poczuła nieodparte pragnienie schronienia się w jego objęciu już na stałe. Przy nim będzie bezpieczna. Tak, przy nim będzie bezpieczna, powtórzyła sobie w myślach.
– Jedziemy?
Kiwnęła głową.
Spojrzał za siebie, wyrzucił kierunkowskaz i wolno włączył się do ruchu. Jechał bezgłośnie i dość szybko, na tyle na ile pozwalały przepisy i ruch w mieście. Anna z zaciekawieniem oglądała miasto.
– Widok jest przepiękny, jestem oczarowana – mówiła z autentycznym zachwytem.
– Ale nie na tyle, by przykuć nas tu na cały dzień. – Roześmiał się. – Pojedziemy do domu mojej matki – powiedział pytająco.– Bardzo chce cię poznać. Ojciec zresztą też. Nie mogłem im odmówić, wyjaśniał pospiesznie. – Nie masz nic naprzeciwko? 
Spojrzał ciepło.
– Ależ nie, cieszę się bardzo.
Uśmiechnęła się, jakby wszystko właśnie tak miało wyglądać.
– A zatem jedziemy do moich rodziców. Tak? – Upewnił się jeszcze i poprowadził samochód  w kierunku Piccadili. 
– Zazdroszczę ci, że masz kochających, serdecznych rodziców. Brakuje mi tego, westchnęła. Moi rodzice już dawno nie żyją.
Przez jej usta przemknął cień samotności, zapach tęsknoty. – Gdyby żyli…Jej problem by nie istniał. Przytuliła na jeden moment policzek do jego dłoni, spoczywającej na jej ramieniu.
– O co chodzi Aniu? Widzę strach w twoich oczach? Czy się mylę? – Spojrzał uważnie. Przykuł ją prawie spojrzeniem. – W oczach widać to, czego nie chcemy powiedzieć – dodał.
Przemilczała to pytanie, zdając sobie sprawę, jaki ciężar gatunkowy może mieć jej szczera odpowiedź. Nigdy nie umiała kłamać, a jej słowa musiałyby zabrzmieć absurdalnie. Spodziewała się, że nietrudno było ją odgadnąć. Wiele spraw musiała mieć wypisane na twarzy. Targało nią zbyt wiele przeciwstawnych uczuć: gniew na Roberta, zagubienie, żal, przygnębienie i choć bardzo nie chciała się do tego przyznać, również strach. Strach nie tylko przed Kazikiem, ale i przed nieznanym. Zwaliła się Karolowi na kark. Uciekła do niego od swoich problemów. To nie tak, a poza tym w jej życiu było tyle lęków, tyle mroków, tyle tajemnic skrywanych przed całym światem.
– Jako patriotka niepokoję się troszkę, o tyle – zrobiła gest rekami – O…niezbyt zdrowe stosunki miedzy naszymi politykami w kraju i mam wyrzuty sumienia. Uciekłam od tej niesamowitej ignorancji, cynizmu. – Zasłoniła polityką swoje blizny.– U nas w kraju wojna wszystkich, przeciwko wszystkim! Zgraja wilków szczerzących kły i tylko czasami wilki przebierają się w owieczki, ale marne to przebranie. Kły i tak wystają, powiedziała, uśmiechając się pod nosem.
Karol pokręcił głową.  
– Może nie wszystko tu do mnie dociera, ale też wiem, że to nie o  to chodzi…– Podniósł brwi do góry. – Tak bardzo interesujesz się polityką, Anno? – Spojrzał bacznie.
Skinęła głową, nie podnosząc wzroku.
– Tyle o ile, tak miedzy wierszami – przyznała szczerze. – Szkoda na to cennego czasu i szkoda nerwów. Morale naszych polityków, szczególnie tych z prawa oddaliły się posłuszne ich myślom, frunęły w stronę konfesjonału Ojca z Torunia, którego nie szanuję ani trochę. Wkurza mnie to, ale i również wiele innych spraw mnie wkurza. Ta wojna u szczytów władzy chyba najbardziej.
– Masz na myśli te ostatnie zawirowania, tę bitwę o instrukcje w sprawie NATO? 
– Tak. Dwie najważniejsze głowy w państwie i taki cyrk. Dyskusje aż głowa boli. Były instrukcje, nie było ich? A nawet jeżeli już były, to nie nazwano ich odpowiednio…więc…
Wykrzywiła usta a Karol pokiwał głową. Anna pod płaszczem polityki coś skrywała.
– Powiesz mi o co chodzi? Widzę, że uciekasz od nurtującego cię tematu, w politykę. Czegoś się boisz Anno? Męża? Grozi ci?
Zamrugała oczami.
– Męża?? Ależ nie. Już dawno z nim nie jestem…i daj spokój. Cieszmy się spotkaniem. Nie cieszysz się, że przyjechałam?
– Bardzo się cieszę. Dojechaliśmy na miejsce.

Potężny, rozległy dom, wydał się Annie prawdziwą rezydencją. Dwie pełne kondygnacje oraz mansarda z kilkoma oknami. Zadbany trawnik przed domem i wznoszące się w niebo wieżyczki. Ruszyła w stronę domu aleją miedzy rzędami drzew, trzymając Karola za rękę. Pomyślała, że latem miałaby tu pole do popisu. Wiele by zmieniła, przede wszystkim w ogrodzie. Brakowało klombów kwiatowych.
Z głębi domu wyłoniła się starsza pani. Ruszyła w ich kierunku z miłym uśmiechem. Wyciągnęła do nich ręce. Jej oczy były piękne i mądre. Oczy matczyne. Delikatna siateczka zmarszczek na jej twarzy przywołała u Anny wspomnienie mamy. Wzruszyła się.
– Miło mi bardzo, powiedziała. Karol opowiadał o tobie tyle dobrych rzeczy...
Wymawiała słowa łamaną Polszczyzną, bardzo ciepło i przyjaźnie. Annie zachciało się z miejsca zbliżyć do tej kobiety i przytulić miękko.
Ogromne, szafirowe oczy, takie same jak miał Karol, o żywym spojrzeniu, które aż nie pasowały do osoby w tym wieku, spojrzały z przyjaźnią.
– To mnie jest miło... – powiedziała.
W drzwiach pojawił się ojciec Karola.
– Mój syn ma wspaniały gust...To po mnie! – powiedział po polsku i wypiął pierś do przodu.
Anna roześmiała się, rozluźniona. Nie na długo jednak. Uciekła od trudnej rzeczywistości, tak nie powinno się było zdarzyć. Ucieczka od trudnych spraw nie jest rozwiązaniem problemów. Nie była. Tam, w kraju pod jej drzwiami stoi Kazik…Z całą pewnością.
Z każdą godziną jej pozorny spokój wyślizgiwał się niczym nasączona olejem lina miedzy palcami.
Zapomnieć własną bezradność…Czy jest to możliwe?
                                                                                         ***
Wzrok Kazika bezwiednie spoczął na zdjęciu Anny. Chwycił je w rękę i wpatrywał się w niego tak, jakby chciał zaspokoić głód tylu lat tęsknoty. Uśmiechała się. Jej piękne czarne włosy opadały na twarz, jak wtedy...Chciałby je odgarnąć...Czuł prawie ich zapach.
Tyle lat już tęsknił, a już był tak blisko...Gdyby tylko pozwoliła mu zostać wtedy ze sobą...już by z nią był. Powiedziała, że będzie czekać nazajutrz, że ma przyjść…że musi się tylko wyspać...I odeszła. Zniknęła. Oszukała go? Dlaczego? Dlaczego odeszła? I ten mężczyzna w jej domu…Drań. Czego tu szukał? Znów popatrzył na zdjęcie Anny, jakby uczył się jej twarzy. Na nowo.
Tyle lat ją ścigał jak myśl ulotną? Wspinał się pod górę, ryzykując upadkiem w najgłębszą przepaść.
Już w nią wpadł. W przepaść obłędu...Jego uczucie zmieniło się w szaleństwo. Przenikające istnienie. Rozsypane kawałki prawdy o sobie. (?)
Pławiąc się w żalu nad samym sobą, wpatrywał się w zdjęcie. – Anno...gdzie jesteś? Silna obręcz zacisnęła się mocno na jego skurczonym boleśnie sercu. Spojrzał na leżącego mężczyznę w kałuży krwi i pochylony poszedł za prawdą. – Czy mi wybaczysz? Czy wybaczysz mordercy, Anno?
Trucizna rozlała się po całym ciele i wybuchła cierpieniem, wyrzutami. To dla niej zrobił...Musiał tak zrobić. Zabić tego drania, który ją zdradzał. Sprawdził to. Tak bardzo ją kochał i cierpiał.
Całe swoje życie cierpiał. Mama zawsze mu mówiła, że miłość wiąże się nierozerwalnie z cierpieniem, ale pomimo to wiedział swoje; warto cierpieć, żeby móc kochać. Boże, jak on ją kochał...To już tyle lat...Od pierwszego momentu, kiedy ujrzał ją roztańczoną, z rozwianymi kruczo czarnymi włosami, sięgającymi pasa. Oplatały jej twarz w tańcu, jak tu, na tym zdjęciu. Była jak zjawisko, nie mógł oderwać oczu i nie mógł spać tamtej nocy, marząc, że zdobędzie tą dziewczynę. Zmusił rodziców, by przenieśli go do jej klasy. Zapisał się na kurs tańca, gonił za nią jak szalony. Nigdy nie mógł pokonać tej szalonej miłości, tej namiętności, w którą się wkrótce przerodziła, czy dać wyperswadować sobie bezsens kochania kogoś i tęsknoty za czymś, czego nigdy nie mógł mieć. Anna należała do zupełnie innego świata. Jedynie się o niego ocierał. Nie było mu dane w niego wkroczyć. Spalał się. Miotał. Gonił. Szukał, a ona stale mu się wymykała w coraz inne ramiona. Tak naprawdę nigdy nie chciała z nim być.
Ściśnięte łokcie i otwarte – jakby w obronie przed nieznanym zagrożeniem – dłonie mężczyzny. Jego dłonie. Obłąkanego mężczyzny…
Czy był obłąkany?
A jeśli jego wewnętrzna determinacja wynikała z zaburzeń?
Czy to obłęd nakazywał mu zabić, mimo narastających wątpliwości?
Nie wiem gdzie Anna, nie wiem…Przyszedłem po swoje rzeczy… – mówił jej mąż.
 A może mówił prawdę?
Już nie ucieknie od tych pytań. To już było niemożliwe. Wracały. Stale wracały, drążąc mózg. To dla niej przecież...zabił. Skrzywdził ją. Skrzywdził Annę.
Uspokoił oddech i oblizał spierzchnięte wargi.
Wspomnienie Anny przytłumiło nagle ból, który tam, gdzieś w środku toczył się już...podpełzał. Przeniósł wzrok na jej zdjęcie. Ciągle była nadzieja. Gdyby tylko w porę wszedł w jej życie?
Teraz jest ta pora. Czuł to. Już nie wróci do tej beznadziejnej, straszliwej pustki, w jakiej tkwi od dawna. Od zawsze. Anna wróci do domu, gdziekolwiek jest. Przyjedzie na pogrzeb męża…
I nagle odkrył prawdziwą naturę zagrożenia wiszącego nad nim. – To on sam!
Stanął z nim twarzą w twarz. Nieważne było, że nogi miał tak sztywne, jak martwe, ani ucisk tak silny w klatce piersiowej, że utrudniający koncentrację.
Matka zawsze go przestrzegała, przed Anną... – To nie dla ciebie kobieta, Kazik...Ona cię nigdy nie pokocha. Za nią można tylko tęsknić i kochać z westchnieniem, z daleka. Musisz to wiedzieć, synu, bo doprowadzisz się do obłędu jakiegoś, nic nie zdziałasz, a narobisz tylko kłopotu, a ona cię znienawidzi...ZNIENAWIDZI...
Znienawidzi? Anna  go znienawidzi? Nie zniósłby tego.
Wziął trzy głębokie oddechy.
Nie czuł przygnębienia gdy odkrył, że się poddaje. Musiał się poddać, skapitulować, wyrwany z zamkniętego koła opętania, obsesji jakiejś. Zamknął za sobą drzwi jej mieszkania i udał się na policję.
– Zabiłem człowieka, powiedział obojętnym głosem. 
 Już nic nie miało znaczenia.


 Powieść dostępna w księgarniach Piły w w formie papierowej i w formie e- booka. Także w Wydawnictwie E - bookowo: http://www.e-bookowo.pl/nasi-auto…/anna-dalia-slowinska.html

W okresie letnim w promocji u autora. Wiadomość:
e-mail: aslowinska@ op.pl 
lub 
http://www.facebook.com/AnnaDaliaSlowinska