środa, 8 czerwca 2016

Zmagania



                                                                                                                       ZMAGANIA

Pot skapywał mu jedną wielką strugą wzdłuż kręgosłupa. Nie powstał z powodu upału.
To strach go spowodował. Czego się bał? Życia? Śmierci? Siebie?
Zatrzymał samochód i sięgnął po chusteczkę. Zastygł w bezruchu. Skrzywiony, w nienaturalnej pozie.
- Proszę pana…Proszę pana…Czy coś się stało? Czy wezwać pogotowie? 
Nie odpowiedział. Nie pozwolił na to ciężar, który poczuł na piersi. Przytłoczył jak skała i jak ostra skała zaczął rozrywać po kawałeczku. Całe wetrze.
Litery bólu – rozrywane – n i e …Strzemiona głośno kłębiącej się krwi. Nowy lęk.
Światło przytomności znikające z jego oczu, powoli, jak ta ostatnia krzywda. – Anna odeszła, na zawsze.
Może powinien o nią powalczyć?
Nie, nie potrafił. Zresztą była dziewczyną jego brata, Janusza.
A teraz wszystko zatrzymało się w miejscu. Tak jak film, który pęka nagle w połowie taśmy. Najpierw traci ostrość, a zaraz potem urywa się.
Wchodził w gęstą mgłę. – Wyrzuty, niepokój, czy głód??
Jest w szpitalu, czy już może jest na tamtym świecie? Rozejrzał się.
Anioły, czy pielęgniarki?
Pokój wypełnił się intensywnymi kolorami. Gwiazdy zwodniczo tańczyły na niebie, które nachylało się. Zaraz wpadnie przez uchylone okno. Chyba jednak żyję.
ŻYJĘ? Tak, ale co to za życie?
Wszystko w nim spieprzył. Nigdy nie umiał skoczyć na głęboką wodę, zawsze brodził w strumyku i zawsze tym zdziwiony i rozczarowany. Nigdy nie potrafił polerować swojego wizerunku, piąć się do góry, czy pokonywać bariery. W połowie drogi wycofywał się. Kapitulacja ze strachu? Ze strachu przed czym?
W głębi ducha, nawet nie był pewny, czy chce dotrzeć do źródeł własnych niepowodzeń. Po co?
Musiał by się przemeblować w środku, to by pomogło lepiej żyć i miał tego świadomość, tylko po co?
Kiedyś przeczytał, że cały świat jest sceną, a wszyscy na niej aktorami. On nie chciał być aktorem, a na dodatek kiepskim i już wolał patrzeć przez te swoje pesymistyczne okulary.
Nagły napływ krwi do mózgu sprawił, że zrobiło mu się ciemno w oczach, potem w głowie, w samym jej środku zapalił się ogień, który rozchodził się wszechpotężną siłą po całym jego ciele, by trafić w każdą komórkę. Miał wrażenie zapadania, to było jak umieranie. Nie, już raz umarłem…
Co się tak właściwie stało??
Wytężył mózg. Obolały dziwnie. – Myśli dudnią wprost w głowie, chcąc się wydostać przez ściśniętą kleszczami bólu, czaszkę. Już nie może tego znieść.
Uporczywe powtarzanie kłamstw, skuteczna niezwykle demagogia – nowa partia na horyzoncie. Groźna? Dla kogo?
Patrzy w okno. Wszystko wiruje. Żeby choć valium było…
Boże! Swoje wyobrażenia zbudował na ruchomych piaskach. Pogubił się w rzeczach błahych, a życie zastąpił wycinkami zaledwie. Gdzieś tam, w środku, spoczywało w gotowości, otoczone skorupką ziarenko prawdy, diament.
Wiedział – człowiek w nim może stać się niewolnikiem. I co z tego, że wiedział?
To coś w nim – nieposłuszeństwo dla rozsądku – wydobywało się ze swojego kąta, porywało strumień rozchełstania, który rozlewał się potokiem.
A Czwarty Instynkt ostrzegał… A w nim milczące wołanie.

Zamiast wsłuchać się w symptomy swojego niezadowolenia, za wszelką cenę chciał go usnąć i to w najgłupszy sposób, jaki przyszedł mu do głowy. Objął mocno „obcego”, który zakotwiczył się na dobre w jego własnym wnętrzu, ale w końcu, co może zrobić załamany człowiek w zniekształconym boleśnie świecie, swojej czarnej już historii?
Czyż nie łatwiej ograniczyć się do świata swoich chorych, osobistych pragnień?
W którymś momencie odrzucił wszystko, co mogłoby dać mu szansę powrotu na ziemię. Unosił się w przestrzeni, żył w zawieszeniu, szedł drogą na skróty, a potem pozostała mu tylko ślepa uliczka, a w końcu więzienie, bo uzależnienie, to nic innego jak pewna odmiana więzienia, zamknięte drzwi, przez które nie da rady przejść do lepszego życia, podążyć za swymi pragnieniami i pójść za nimi wszędzie, gdzie chciałyby podążyć.
Ale teraz tamten czas się zamknął. Chyba.
Trzeba było przeżyć szok, ale nie ma tego złego. – Tamten czas się skończył…
Zaciśnięte mocno szczeki; wytrzymam! Wytrzymam! – powtarzał jak mantrę. – Chcieć! Chcieć, chcieć. To wystarczy.          
Z jakiegoś powodu serce nie przestawało mu walić. Byt rozciągał się przed nim jak pustynia. Blady świt. Zmęczony. Stężały ciąg myśli.
Ile minęło dni?
Czas nie chciał leczyć, otwierał oczy, szczególnie nocą, a świt je zamykał targając myśli. Wpadał głową w głęboką studnię nienawiści do samego siebie. Dosięgał dna, zamknięty we własnej udręce. – O mały figiel nie zabił brata. Opamiętanie przyszło w samą porę.
Opamiętanie czy strach? Nawet tego nie był pewien.
Tani spektakl powrócił do oczu i spłynął do gardła kluchą. W ciele chaos. No ładnie, no pięknie…Zacisnął pięści. Tępy ból podążył za nim aż po czubek głowy.
On sam włączony w szeroki pejzaż, a jego oczy patrzą ze środka pustyni, zagrzebane w piachu. Przymknął je szybko. Wyrzut ścisnął mu się w gardle w węzeł – zaraz go udusi. Na początku był tylko zafascynowany urodą Anny. Potem przyszła do głowy głupia, szalona myśl; a może by ją tak poderwać?
Ciekawe, czy na to pozwoli?
Badał, jak daleko może się posunąć. To go podniecało. A im dalej się posuwał, tym więcej chciał. Szczególnie, kiedy sobie wstrzyknął niewielką dawkę narkotyku.
Pilnował, żeby nie przedawkować. Był ostrożny i panował nad sytuacją. Czasami próbował zapanować nad rozhuśtaną wyobraźnią.
Tylko po co?
Chwila drażliwej niewiedzy, drażliwej ciszy. W głowie.
Tylko po co? – powtórzył wyobraźni.
To takie przyjemne; ta od środka bijąca i rozchełstana wyobraźnia mało go nie rozniosła.
Co za uczucie! Odlot.
Tak czy owak, czuł rosnące podniecenie. I ono liczyło się najbardziej. Adrenalina i narkotyk. Razem w parze.
I po co było się zastanawiać?
Głos z głowy przecedzał się gładki jak oliwa, odczytując w sobie pomieszanie różnych krzyków zmysłowych i gorzkich. Niecierpliwie pragnących czegoś zakazanego.
Przed oczyma przeleciały obrazy. Prawie dotykał je ręką, jeszcze mokrą z emocji i strachu.
Siedział sztywno na kocu z kamienną twarzą, skierowaną w stronę morza.
- Cześć! – usłyszał tuż obok siebie. Drgnął. – Czy możemy się tu rozłożyć, obok?
- Tak…Oczywiście.
Zamarł. Zdrewniał w jednym momencie. Martwą ręką pomógł im rozłożyć koc.
- Oglądaliście telewizję?? Igrzyska! Codziennie nowy gladiator i nowa walka. Niech ich licho! – machnął ręką. Przeciąganie liny – obchody w Gdańsku, w Krakowie?
Janusz spojrzał z ubawioną miną.
- Lepsze rzeczy mamy do robienia braciszku, jak oglądać ten cyrk i zastanawiać się kto ma rację? Ci, co palą opony i kukły, czy ci, co gaszą płomienie? Ty również swój zgaś!
Zagryzł wargę. Miał wrażenie, że ość utkwiła mu w gardle. Cokolwiek by chciał teraz powiedzieć, słowa zamarły mu na ustach. Janusz się domyślał!
Chciał się sprzeciwić tak postawionej kwestii – skończyły się przecież czasy wodzowskie. Chyba. Ale tylko głos w głowie krzyknął, wyraził przekleństwo.
Potarł czoło.
Wiedział – przez cały czas miał taką świadomość – że powinien myśleć o Annie tylko jak o przyszłej bratowej.
Tylko, jak to zrobić do diabła? 
Ledwie się wstrzymywał, by codziennie do nich nie zaglądać, zawstydzony, płonący i z samo-pogardą, ale i z głębokim uczuciem rozkoszy, choć to było nikczemne i ohydne ze względu na Janusza. To było jak nałóg, jak koka, po którą sięgał też z  wyrzutami.
Tak właściwie te wyrzuty były tylko od czasu do czasu. I wtedy myślał; sprawiam innym kłopot…
Innym? Komu sprawiam?
To, że ci i owi się domyślają, że czasami puszczają nerwy?
Nie, to nie tak, niech się kurwa wszyscy ode mnie odczepią. Jeżeli już…to sprawiam sobie kłopot. Narkotyk robi ze mną to, czego może nie powinienem robić; osacza, przypiera do muru, wpędza w poczucie winy. Ale to tylko czasami. A tak naprawdę jest bosko! Prochy odcinają od świata realnego i normalność robi się nieuchwytna, nie do zdefiniowania.
Falujące błękitne morze, fale roztańczone – wiatrem?
A teraz są razem. Leżą tuż obok siebie. Zupełnie przypadkowo. Bóg tak chciał. Przypadek.
Białe chmury gonią po niebie. Wiatr. Sypnął teraz w oczy.  Ukłucie setek małych igiełek. Wyostrzył się.
Smukłe ciało Anny nabrało lśnienia złota. Długie ułożenie jej linii ciała. Jest boska.
Twarz, to był jeden wielki uśmiech. – Pewnie po nocy z Januszem, jest taka szczęśliwa. Skurczył się w sobie. Ścisnęło w środku paskudne uczucie. ZAZDROŚĆ.
- Co się dzieje, stary? Niedomagasz? – Uśmiechnięte usta Janusza, poruszyły do żywego.
Poderwał się gwałtownie z koca. Dotknął ręką białego piachu, nagrzanego słońcem, jak jego myśli, przerzucił go między palcami i pobiegł w stronę morza.
Rzucił się w spienioną wodę i crawlem pruł fale. Była dość duża, a gorące słońce tańczyło na jej wierzchołkach, iskrząc się tysiącem promyczków, przeskakujących z jednej na drugą. Czuł potrzebę zmagania, nawet ryzyka. Płynął, płynął, płynął...
            Woda goryczą osiadła na wargach.
Poczuł zmęczenie mięśni rąk. Przyleciała płocha myśl; jestem wykończony, mogę nie dać rady...Zwolnił tempo. Odwrócił się całym ciałem w stronę brzegu, w stronę plaży, gdzie leżała ONA. 
Spojrzenie błądzące po linii horyzontu, nie dostrzegające nawet odrobiny nadziei.
Dureń, powiedział do siebie. – Przeciąganie symboli, opluwanie znaku markowego…ikony.
Wykrzywił usta.
Odczuwał przez chwilę prawie błogie zmęczenie, zapadające się pod ciemną powierzchnią wody. Wzburzoną. – Polacy też są wzburzeni…ten chaos…on też, ale z innego powodu.
WRACAJ... – krzyczały rybitwy. Dziki wrzask. – Cicho…! Teraz ja mówię!
– Tak ją kocham, tak jej pragnę… – nie mówił, a skarżył się posępnemu pomrukowi morza i tym ptakom w górze. Trzepotały nad nim skrzydłami. – Wracaj…nie bądź głupi.
 – Nie! Zagłębił się w wodę i ciął przeoraną bruzdami powierzchnię morza.
Uśmiechnął się szyderczo, krzywiąc sine usta w grymasie bólu do umykającego horyzontu. Bezchmurne niebo nad nim i huczące morze wydawały się złowieszcze i groźne.
Zastygłe w chwiejnej równowadze. Żył skrzywiony, zaślepiony, nie zauważając, że wokół istnieje również życie. Inne. Groźne wibracje powietrza wstrząsnęły nim.
Prąd spychał go. Dalej i dalej.
Wilcze wycie morza, dzika miażdżąca pogarda – głupiec...
Miłość? Zazdrość? Żal?
To takie niemęskie.
Dość tych bzdur, tego zmagania się ze sobą, tego mazgajenia.
Ociężałe myśli. Ciężkie nogi odmawiają posłuszeństwa.
Nie, nie pozwoli im się terroryzować.
Morze nachyliło się gwałtownie, widnokrąg wzniósł do góry, a przed nim czarna otchłań. Cień zalewający oczy, desperacja, chybotliwe widmo przerażenia, czające się w głębinie. I ta panosząca się panika. Wciąga go, w toń siną.
I już nie ma miejsca na myśli o Annie, o słabości do niej, a której się pewnie domyślali i ona i Janusz. Do diabła z tym!
Wypluł wodę z gardła, zakrztusił się i chwycił chust powietrza – nic straszniejszego nad człowieka przyłapanego na tej słabości. Z tym żywiołem oszalałym, też się nie upora. Chyba jednak nie. Brakuje sił.
            Wściekły głos morza i myśl spanikowana: Tonę? To już koniec?
            Bunt młodego życia. Nie, nie tak prędko. Jeszcze powalczę.
Musi stoczyć uporczywą walkę, nie byle jaką, walkę na śmierć i życie, by dotrzeć z powrotem na brzeg, który  uciekł daleko. Zbyt daleko. To nic, że ręce i nogi z ołowiu. Dam radę. Trzeba mieć nadzieję, bo ta, otwiera drogę.
            Ogromna fala cisnęła pianą w twarz. 
Oślepiony wodą i ogłuszony rykiem morza, miał wrażenie, że jego walka z falami trwa już całe godziny. I ta panosząca się wciąż panika.
            Wilcze wycie morza. Upiorne.
            To nie on powinien się utopić!
Przewrócił się na plecy i poddał ruchom morza.
Wyszukuje pomocy. Nie, nic nie porusza się przed jego oczami.
Z wysiłkiem podniósł głowę. – Nie widać brzegu.
Żałosna śmierć...Nieokreślone zwątpienie. Ociężałe myśli.
I ostatni wysiłek by krzyknąć: RATUNKU! RATUNKU!...
Wycie ściska niby zemsta...i wpijające się w ramię, dłonie.
            Mocne dłonie Janusza.
I ta brudna myśl, której nawet nie zmyła groźna fala i spojrzenie śmierci, w oczy.
            Gdyby…
            Nikt by nie wiedział…
Zacisnął dłonie na rękach brata. Pociągnął w dół, w toń ciemną jak myśl nagła.Utopię go…Upiór przerażenia w oczach i na białych grzywach piany, na ciemnej, brunatnej wodzie. Ślepe oczy i strach…
W uszach ogłuszający dźwięk – to huczy morze. – Nie rób tego!!
- Co ty…? – Słowa Janusza uwięzione w gardle. Szarpnął się. Wynurzył. Chwycił inaczej. Mocniej. – Wracamy! – usłyszał. – Trzymaj się!
            Wyczerpanie emocji. Obraz zamętu. Fala zatopiła swe kły ku samemu sobie.
            Spieniona, wściekła nawałnica, ołowiane nogi, ołowiane ręce, zakutany mózg.
            Nikt by nie wiedział…Wypadek. Ostatnia brudna myśl.
-  Trzymaj się – powtórzył Janusz. – Właśnie mamy pomoc.
Podpłynęła łódź ratownicza.  Cała akcja trwała kilka minut, na brzegu nikt się nie zorientował, tylko Anna krzyczała.
Odrzuciła do tyłu wysuszone przez wiatr włosy, długie, czarne, jak skrzydła ptaków.
- Nic ci nie jest?
Powietrze drgało, wzlatując w górę. Morze szumiało słabiej, jakby oddaliło się od lądu.
- Nie znajduję żadnego wytłumaczenia dla siebie – powiedział głucho. Dopiero teraz z całą mocą dotarło do zakutanego mózgu, co się wydarzyło. – Pocieszny musi być widok szaleńca, rzucającego się w głębiny.
Roześmiał się z sarkazmem, nie kończąc myśli. Był upokorzony i załamany.
Janusz przesłał mu krótkie spojrzenie, które odczuł jak uderzenie w twarz. Nie mogło być inaczej. – Udało się – powiedział. – Stoczyliśmy walkę z morzem.
Uścisnęli sobie dłonie, uśmiechając się do siebie, ale w ich twarzach coś się zmieniło.
- Idziemy? – spytał.
- Anna nieodwracalnie zamieszała w moim życiu, ale to podtopienie dobrze mi zrobiło, coś zrozumiałem. Grymas, który pozostał po uśmiechu, zamienił jego twarz w maskę.
- Ja też. Miłość czasami odbiera rozum. Potrafię to zrozumieć, braciszku.
            Poczuł jakiś żal bez adresu.
To marność się tli.
Własna. 

Ognisty blask słońca mieli na plecach, kiedy powoli schodzili z plaży. Bez żalu. On, na pewno. Anna była już tylko zwykłą białą plamką w sercu niezgłębionej tajemnicy – okryta pianą, hukiem morza, które jeszcze było w głowie, jak ten krzyk ptaków, świadków jego zmagań z życiem i ze śmiercią.
            Ognisty blask, który parzył, zmyła zimna woda Bałtyku.
            Czy na pewno??
            Nie, nie był tego taki pewny.
Nigdy już nie usłyszy jej śmiechu, nie zobaczy przerażająco pięknej twarzy opalonej mocno słońcem, pociemniałych z przejęcia oczu, aż do mocnej ciemni granatu, niczym te fale, które odebrały nadzieję. PUSTKA i na skraju tej pustki bijące serce, zranione uczuciem NIEOBECNOŚCI, jakiegoś BRAKU.
Niebo zasnuły szare chmury, a wszystko pod jego kopułą zdawało się przytłumione jak jego życie. A najbardziej złościła go własna, zmącona niepewnością i wyrzutem twarz. Taka też była, gdy zapraszali go na ślub. – Jego brat i Anna.
- Życzę szczęścia – powiedział obcym głosem i podał rękę pierw Annie, później Januszowi.
To dotknięcie jej dłoni, przenikające jak prąd, mało go nie powaliło z nóg. Znów był szalony z miłości. Znów ocierał się o potężny żywioł, który z łatwością go zniszczy, bo ONA już nieodwołalnie jest Janusza, i nigdy nie będzie jego.
Ukradkowym spojrzeniem wodził po jej twarzy, czystym profilu, wzruszonych, szczęśliwych ustach. I wydawała mu się urzekająco piękna w długiej sukni  i welonie.
 Chciałby ją jeszcze tylko raz dotknąć...Dotknąć jej rąk...Nic więcej...i zapaść się głęboko pod ziemię.
Głuche dudnienie serca. – Po co tu przyszedł?!
Przyszedł popatrzeć i zapamiętać ją.  
MIŁOŚĆ nie spełniona, nie sprawdzona, raczej przeczucie żywiołu; z szumu morza na plaży w Dąbkach – wyobraził sobie cały jej ocean.
Oddałby się jej do najgłębszej, aż do bolesnej radości, mogąc jej poświęcić się ponad ludzką wytrzymałość, ale ona była nie dla niego.
            Przeprowadził ją oczyma aż do drzwi kościoła.
Chlasnęło po twarzy ostrym powietrzem – tkwił w tętniącym młynie zdarzeń, choć sam nie wpływał na te zdarzenia.
Musiałem ją zobaczyć, musiałem...Musiałem się przekonać, że to naprawdę się zdarzyło – mówił do siebie, jakby chciał się oderwać od bólu.
            Ale on był. Piekł. Rozgrzewał do białości. – Czemu go nie zabiłem?
Czuł jak jego płomienie szarpią, wgryzają się w ciało i nie mógł ruszyć się z miejsca.
Jeszcze raz spojrzał. – WSIADAŁA do białego mercedesa, by już odjechać na zawsze; piękna, uśmiechnięta, z rozmigotanymi szczęściem oczyma.
Wdzięk ruchu...i nie jego...
Wibrujące dudnienie w piersi, głuche grzmoty, przelewający się w każdą komórkę ciała ból, tęsknota uporczywa, jak myśl, która jest MIŁOŚĆIĄ. 
Już tam jest, wypełniła serce po brzegi, już w nim nie ma miejsca na inną miłość.
            I już nie będzie.
Mercedes zniknął, rozpłynął się wraz z  krzyczącym pragnieniem, z nadzieją...
Gorzki smak przegranej.
Umiał przegrywać, ale jak to boli...
Odwrócił się powoli i odszedł. Wlókł ten ból, kierując się w stronę domu. Mężczyzna nie płacze. Nie przy ludziach.
Przyszedł tu, na ich ślub, by ostatni raz spojrzeć na nią i pożegnać się. Za tydzień wylatuje na Antarktydę. Janusz mu to załatwił – jego przewidujący i zapobiegliwy brat. Właściwie nie miał wyboru. Musiał wyjechać. Jak wszyscy; skompromitowani, na temat których jest wrzawa. Jedni wybierają się do Euro- parlamentu, on dalej.
            Wrzawa ucichnie, ta w jego sercu też. Chyba.
            I chyba na to liczył Janusz.
Ale on dokładnie zapisał jej obraz i nie tylko w sercu: Lśniące, wysoko upięte przepiękne włosy, olbrzymie niebieskie oczy w długich firankach rzęs, rozpromienione cudownym blaskiem, niczym dwie gwiazdy oczy, i pełne zmysłowe usta, których nigdy nie pocałuje, a których obraz rozgrzeje go, gdy będzie mu zimno i straszno.
            Ukrył ten obraz głęboko i zapatrzył się w noc. Łzawą.
Rozpryskujące się obrazy, pokruszone. Przyparły do muru, kpią sobie z niego, karmią się słabością, wykorzystując jego rozbicie. – Jeden malutki niuch…
Wilgotne lśnienie szeroko otwartych oczu. Biały proszek. Kusi. Tylko jeden raz…
Nie, jest silny. Jest bardzo silny. Jest mężczyzną.
Drzewa za oknem zamieniły wiatr w jakieś bezlitosne wycie. Zaprzeczały jego decyzjom, drwiły. – To  nieosiągalny dla ciebie wymiar, nie potrafisz otworzyć drzwi na lepsze jutro.
Ono założyło skobel.
Nie jesteś w stanie go sam sforsować.
Odchylił się w krześle, zaciskając usta. – A tak w ogóle, czy chce to zrobić?
Czy coś jest za tymi drzwiami?
Coś szczególnego?
Czy to tylko chodzi o spokój serca, spokój życia?              
Czyj? Janusza?
A czy tak, nie jest lepiej??
Lepiej – odpowiedział sobie.
Byle nikogo nie krzywdzić. Byle nikogo nie krzywdzić…Zapomnieć o Annie.
Pot strachu od wewnątrz.
Wypowiedział raz jeszcze na głos jej imię, po czym ukrył je głęboko w sobie. Tak trzeba. Teraz można się nawet zajarać. Jest życie i jest śmierć. Nie przeraża ani jedno, ani drugie. Wszak życie – każde, jego też – nosi znamiona śmierci. Tak, czy tak, kiedyś ten podły świat szlag trafi. Za tysiąc lat, czy może za sto tysięcy lat. Nieważne.
A czas pobiegnie dalej. Ale najpierw zamknie się za każdym i za wszystkim. Za tymi co mieszają, też. Nie pomogą bilbordy. 
Spojrzenie w lustro. – Zapadnięte oczy. Ledwo, co widzą, ledwo postrzegają. Wszystko bez sensu. Boli głowa, żołądek podchodzi do gardła. Głód.
I po co ze sobą walczę? Wiatr łamie gałęzie. Totalna krytyka opozycji. 
Skuteczna niezwykle demagogia. Pieprzone życie – idzie na wygnanie!
Żyję teraz i nie wiem, czy będę żył jutro.
Są pytania na które nie ma odpowiedzi, bądź ma się je gdzieś głęboko i tylko czasami narasta myśl jak kłąb w głowie. Gęstnieje.
Może  to strach gęstnieje?
Pewno strach.
Kto by się zresztą nie bał? Tylko degenerat, ćpun, skończony człowiek, a on przecież…
 – Choć może byłoby to i wybawienie?? – Bzdury. Majaki.
Zaczerwienione gałki oczne, spłoszone tym, co nagle wypatrzyły w rozsypanych jak układanka myślach.
Znów atak bólu. Zmęczone ciało, nogi, plecy i myśli. Te najbardziej. I dogasająca noc uśmiecha się jakoś krzywo. W ciele gwoździe.
Ból już wziął początek w głowie i rozlewa się po całym umordowanym ciele. Wewnątrz zaciskają się dwa imadła. Nie wytrzymam!
Kłująca warstwa własnej przyzwoitości.
Radio huczy. I huczy w głowie. I ten wiatr za oknem jak wyjec, jak ten, tam, nad morzem. Że też wtedy się nie utopił…Że też Janusz mu pomógł…
Ty się rzeczywiście chłopie w niej zakochałeś, ale ona jest moja! I tak będzie! A to, co chciałeś zrobić?... Machnął ręką – to już nieważne. Zapomnijmy o tym.
Nie zapomniał.
Wciąż spadał w dół niepowstrzymanie. Nie wytworzył w sobie ani jednej stalowej osi dookoła której mógłby się obracać, ani jednej stalowej podpórki, której mógłby się chwycić. Spadał w dół, w przepaść, z jakąś mu obcą siłą, przeciwną treści jego myśli, szczególnie, kiedy zamykał oczy i po cichutku sięgał ręką w jej czarne włosy. Mniej jak po cichutku. – Na jednym oddechu. Krótkim. – Już i tak nie odzyska marzeń.
Są nieuchwytną mgłą, są wiatrem za oknem, który połamał kruche gałęzie nadziei, są plątaniną gnijących wspomnień, które chciały być pożywką własnych obsesji. Niech to szlag.
Trzaski za oknem, trzaski w głowie. – Obecność urojona. Odległa jakaś.
Zawyło coś w środku dręcząco, echem własnego sumienia.
Wsiadł do samochodu. Uciec…
Byle dalej, bo myśli o niej, nie odgoni. Nawet tam, daleko. I gotowy wrócić.
I nagle dotarło do rozedrganego mózgu, że umiera. Stało się coś strasznego. Nad nim przepływała srebrna ławica gwiazd na olbrzymim niebie. I były drzwi. Granica – jakaś ostateczność.
Za chwilę się za nim zatrzasną.
Czy to może już się stało?
W środku, w głowie, uderzają młoteczki, a może to młot jakiś olbrzymi.
Uderza coraz silniej i silniej. Huk. Potworny huk.
Ciszej…ciszej…ciszej! To boli.
_______________________________________________________________________