czwartek, 16 sierpnia 2012

Fragmenty powieści "Szansa na szczęście"



"Ból już wziął początek w głowie i rozlewa się po całym umordowanym ciele. Wewnątrz zaciskają się dwa imadła. Nie wytrzymam! Skurcz ciała. W głowie łupie z głodu. I jeszcze te wojujące myśli, które się zderzają w pojedynku z własnym sumieniem. Kłująca warstwa własnej przyzwoitości.
– Czemu Oni jej nie mają?! Kuriozalne tłumaczenia. Absurdy. Radio huczy. Spór o In Vitro, o aborcję – ciąg dalszy. I huczy w głowie. I ten wiatr za oknem jak wyjec. Panika wciąż się czai, czekając.
Nie kłóć się ze sobą! Nie wariuj! Wszystko jest okay. – Jeden mały niuch i będzie po krzyku. Malutki. I przestanie boleć – głowa, ciało i dusza. – Trzy w jednym. Biała magia. – Wdech.– Wszystko zaczyna się huśtać. – Wzrok skierowany w niebo – flamingi, latające konie. – Orgia uczuć.– Nieokiełznane namiętności. Boskie źródło rozchodzi się po całym ciele, rozwidlając się jak rzeka. Jeszcze tylko echo w głowie podszeptuje coś niewyraźnie. Licho z nim.
Ale halun… Byle nikomu nie szkodzić. Byle nikomu nie szkodzić…– Na szczytach władzy wiatry są silne, namiętności jeszcze silniejsze – dobiega z oddali. Nic się nie zmieniło. Nic się nie zmieniło… Ważne jest żyć wewnątrz siebie. Przestać interesować się światem, jest, jaki jest. Kto go potrafi zmienić? Wystarczy tylko zamknąć oczy. Skulić się w sobie i po cichutku sięgnąć ręką w jej czarne włosy. Mniej jak po cichutku. – Na jednym oddechu. Krótkim. I pogonić dalej. – Już i tak nie odzyska marzeń. Są nieuchwytną mgłą, są wiatrem za oknem, który łamie kruche gałęzie nadziei. Są plątaniną gnijących wspomnień, które chciały być pożywką własnych obsesji. Niech to szlag. Sprzeniewierzył się.
Tak, uwierzył w złą intencję zdarzeń, kiedy pozostawił je samym sobie, godząc się na obrót jaki zechcą przybrać. I co z tego? – Nie on jeden. Każdy się czemuś sprzeniewierza.
Chichot wiatru za oknem. – Jak uzdrowić ligę piłkarską? Oto jest pytanie. Pomknęło w ciemność – Jak uzdrowić? – Nie uzdrawiać. Nastąpi naturalna selekcja. Wysiłki na nic.
Zgaszone wszystkie światła. – Jeszcze jeden niuch. – Wyciągnięte ciało. Światło. Rozjarza się. Zielone wzgórza. – Nad doliną. Obłoki. I wzrok z oddali – brązowe, wilgotne oczy. Patrzą. Niech patrzą… Niech patrzą. Choć to zostało.
Wpatrzone w niego oczy Agaty. To wszystko naprawdę się wydarzyło. Przeraził się. Wciąż czuje wyraźnie sprecyzowany lęk. Strach czai się, dygocąc jak liść na wietrze. Słowa uwięzione w gardle. Wyczerpanie emocji. Obraz zamętu. Dusza okuta w pancerz ostatecznej decyzji niezdolna stoczyć ostatecznej bitwy, tęsknota za odpoczynkiem. Zamknął oczy.
Nie patrz tak na mnie… NIE PATRZ!! Ja nie chciałem!
I jakiś żal bez adresu.
To marność się tli. Własna.
Trzaski za oknem, trzaski w głowie.– Obecność urojona. Odległa jakaś. Poszum trawy.– Karać, karać, karać… Sprzedawczyków.
Chyba się napiję… "
                                                                    

"Nie był w stanie zwlec się z łóżka, kiedy rozdzwonił się telefon. Dzwonił jak oszalały, a jemu pukało w głowie.
Niech to szlag, niech to szlag ognisty!
Leżał jeszcze chwilę, próbując strząsnąć z siebie pajęczynę snu. Jego umęczone ciało nie budziło się już tak szybko, jak powinno. Telefon  wciąż dzwonił. Rozgrzał się do czerwoności. Był uparty. Bardziej jak on. W końcu spuścił nogi z łóżka i powoli wstał. Bose stopy zmroził chłód płytek. Przeniknął całe ciało i poczuł nagły strach.
- Zygmunt w szpitalu. Nieprzytomny. Rozległy zawał – usłyszał głos matki. Chlipała w słuchawkę. – Słyszysz mnie, Adam, słyszysz mnie?
- Kto? Co ty mówisz mamo?
-Mówię przecież, Zygmunt! Zygmunt w szpitalu. Przyjedź zaraz. On umiera! Słyszysz mnie? On umiera… – powtórzyła rozpaczliwie.
Ściany przestały wirować. Zawaliły się na głowę. Przygniotły. Skłębiona masa bólu i ciemności. Pokuśtykał do łazienki na chwiejnych nogach. Włożył głowę pod zlew i puścił na nią zimny strumień wody.
Spojrzał w lustro i zaskoczył go widok własnej fizjonomii: wystraszonej, wymizerowanej, z nabiegłymi krwią oczyma. Spryskał jeszcze raz twarz zimną wodą. Nie pomogło. Umysł zalała fala strachu – Zygmunt…
Wyprostował się i znów spojrzał w lustro naciągając na nogi spodnie. – Wyglądał jak sflaczała ryba, na którą ktoś wciskał ubranie. Pół godziny później siedział w autobusie jadącym do Piły. Jakoś musi tam dojechać. Pieprzony świat i całe 28 kilometrów!
Burczy silnik jakby ze współczuciem. Chichoty. Szepty. Zesztywniał. Był zmęczony do granic, było mu duszno i nie chciało się nic. – Wieczorna scena, tani spektakl powrócił do oczu i spłynął do gardła kluchą. W ciele chaos. – No ładnie… No, pięknie… On sam włączony w szeroki pejzaż, a jego oczy patrzą ze środka pustyni, piach kłuje ostro w oczy. Przymknął je szybko. Wyrzut ścisnął mu się w gardle w węzeł – zaraz go udusi i skamląca w głowie jedna myśl: Jeżeli Zygmunt umrze, jeżeli coś mu się stanie… to odstrzelę sobie łeb. Odstrzelę, jak mi Bóg miły!
I nagle zapragnął się ukarać, zadać sobie ból, roztrzaskać sobie głowę i wykrwawić się w karze.
Myśli wprost dudnią w głowie chcąc się wydostać przez ściśniętą kleszczami bólu czaszkę. Już nie może tego znieść. Patrzy w okno. Wszystko wiruje. Żeby choć valium było… Na uspokojenie. Ale go nie ma. Zostało w szufladzie.
Patrzy w okno: Deszcz spada z drzew razem z liśćmi. Mogłyby być jego łzami. Nie były. Nie umiał płakać. Dzień zatracił kształt i formę. Jedynie pragnienie białego proszku stanowi punkt odniesienia – jedna mała działka koki. I tyle. Malutka. Drżą ręce. Pieką oczy.
Oczy?
Jak spojrzy Agacie w oczy?
Boże, jakie ona ma oczy?!
Nic nie wiem, oprócz tego, że moje są obolałe. Piekące.
Spać, spać… Wszystko pulsuje.
- Proszę pana… Piła. Dojechaliśmy do Piły. Czy źle się pan czuje? – dobiegło uszu.
Ciekawskie spojrzenia.
- Nie… e… e. Dziękuję. Wszystko w porządku.
I nowa panika. – A jeżeli Zygmunt…
Głowa pęka na kawałki, grożąc sobie – jeżeli… jeżeli… to roztrzaskam sobie łeb. Jutro. Na służbie.
Złapał oddech, wychodząc z autobusu. – Niebo jasnoszare, zasnute chmurami zapłakało nad nim. Kiwnął na taryfę. – Proszę do szpitala. Szybko! "


"- Ja sam siebie nie rozumiem, dziewczyno – wykrzywił usta.
Przez długą chwilę patrzył w jej oczy – ogień znikał z jej twarzy, a na jego miejsce wkradała się rezygnacja i coś jeszcze.
- Dobrze – zgodziła się. – Możesz sobie iść. – Sprawiała wrażenie spokojnej, ale dziwnie spiętej. – Idź sobie – powtórzyła niecierpliwie.
Ubrał kurtkę. Zanosiło się na burzę. – Tylko nic nie kombinuj…– Pogroził jej palcem.
- Proszę…- usłyszał jeszcze w drzwiach.
Nogi poszukały samego siebie. Były posłuszne czemuś, co nimi zawładnęło i sterowało. Nie wiedział dokąd go zaprowadzą, i nie dbał o to. Nagła głuchota odgrodziła go od jej skamlenia. Nic nie słyszał, nic nie czuł. Tylko głód ściskający gardło.
            Wałęsał się bez celu kilka godzin, walcząc sam ze sobą, kompletnie wykończony, zużyty, storpedowany, a kiedy wrócił do domu po kilku godzinach, zamarł ze zgrozy. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, chcąc wydobyć coś, cokolwiek, z zamarzniętego nagle mózgu.
Na łóżku leżało rozciągnięte bezwładne ciało Agaty. Zamknięte oczy, uchylone usta, rysy spokojne, jakby uwięzione od nękających zmór.
- Agata..a..a… a! – Chwycił się oburącz za głowę. – Boże, spraw, żebym się obudził…
Nie, nie spał. Agata nie dawała odznak życia. Głosy w głowie ogłuszyły. Niebo waliło się, przygniatało. Drżącymi rękoma wykręcił numer pogotowia.
- Moja dziewczyna przedawkowała. Szybko! Błagam, szybko… Nie, nie wiem, czy żyje…
Przyjechali po dziesięciu minutach. Załadowali bezwładne ciało na nosze, a on zacisnął oczy, a po chwili był już na dworze.
Zdenerwowanie, ból, snuły się za nim jak widmo nieruchome, zimne w środku od zgrozy i echo jego kroków snuło się za nim, kiedy przemierzał drogę potykając się o kamienie. Szedł, szedł i ukazała się tafla jeziora. Głos wody mroził, wiatr zmarszczył powierzchnię jeziora. Był poza miastem. Nad nim histerycznie rozświetlony księżyc, który sprawiał, że świat wydawał się walić na jego głowę. Usiadł na brzegu – głos wody stał się ledwie słyszalnym, ale groźnym szeptem: i co teraz?
Lodowate szpony szarpnęły wnętrzności, uwięziona w gardle grdyka nie pozwoliła przełknąć. Zgarbił się, jakby to miało coś pomóc a następnie przymknął oczy i wystawił twarz na uderzenia wiatru. Zawodził w dzikim, prymitywnym rytmie.
– Agata… a… a… Nie… nie umieraj… j… j…
Wyjął komórkę. Zaciążyła jak kowadło.
- Czy… ona żyje?!
- Niestety. Nic się nie dało zrobić – usłyszał bezlitosne.
Chwycił się obiema rękami za głowę, podtrzymując ją, żeby poukładać myśli. Rozpierzchły się przerażone, zdumione, otępiałe.
- C… o… o?! Nie żyje?
Młot kowalski uderzył po głowie i w głowie. Schylił się przygarbiony. – Wciąż walił ostateczny i wyrazisty, doskonale świadomy wagi tego, co niósł. – Nie żyje… Nie żyje… Nasilił się, podniósł jak mroczna fala zalewająca mózg, by rozbić się w pył niewiary, niedowierzania i nagle cofnął się zabierając ze sobą całe połacie jestestwa. Powlókł się do domu. Był sam. I te atakujące wściekle myśli.
                                              Jak sobie z nimi poradzić?
                                Jak ugasić ten żar spalający duszę od środka?
                    Jak spojrzeć w lustro, gdy wątpliwości kpią sobie do żywego?
Wśliznął się do wanny i pozwolił ciepłu wody ogrzać swoją duszę. Nic nie dało. Muszę z kimś porozmawiać. Muszę! Nie znajdzie dość siły, by przeżyć noc i wszystkie następne dni.
Wykręcił numer do Zygmunta. Przez chwilę w telefonie panowała cisza, a później usłyszał w nim zaspany głos brata. – Słucham?
Odłożył słuchawkę. Co mu miał powiedzieć??
Stchórzył. Może jutro…
Palce drżą niebezpiecznie, szukając po szufladach, dusza drży i krzyczy choć jej ciepło, wszystkie włókna ciała naprężone do granic wytrzymałości, napięte nerwy grożą, straszą, skamlają o jeden niuch. – Jeden, malutki niuch. Tylko jeden.
Zrzucony z urwistego brzegu, wciągnięty w rozpacz – nie! Nie mogę się dziś naćpać.
                                Już nigdy! – Przyrzekał sobie po raz n- ty.
Chwycił głowę w dłonie i poddał się ogromnemu zmęczeniu, które ścinało z nóg. Wyszperał w szufladzie tabletkę nasenną, chwilę się zawahał. Nawet tego nie powinien brać, ale nie uśnie inaczej.
Podziałała bardzo szybko, senność nękała go z prostackim uporem, ale sen nie chciał nadejść. Szare komórki jeszcze się broniły – bo kiedy się obudzi, znów dotrze świadomość, że Agaty już nie ma, odeszła, a on jest temu winien!
                                                Winien! Winien! Winien!
Wiatr wył za oknem całą nieprzespaną noc. Nad ranem odleciał w koszmar, a tu trzeba się było zwlec do pracy. Dzień wstał na ulicy i w jego umyśle.
Unikał ludzi, przełożonych i spojrzeń. Na pytanie koleżanki : „ Co się z tobą dziś dzieje?” odpowiadał wzruszeniem ramion. – Nic, źle się czuję. Tak bywa po przepiciu. Źle się czuł? Mało powiedziane.– Czuł się jakby dostał obuchem w głowę.
Przewracał co jakiś czas kieszeń do góry nogami w poszukiwaniu jakiejś drobnej „odtrutki”, jakiegoś lekarstwa, a potem wyzywał siebie, ubliżając sobie od najgorszych. – Chwała Ci Panie, że nic tam nie ma…
(Ty skurwielu dziki – to do siebie.) – Obiecałem Ci Panie Boże i dotrzymam słowa, choćbym miał się przekręcić, choćbym miał tu skonać…
                                             A może dobrze, żebym skonał?
       Nie, Ty Panie masz dla mnie krzyż. Ciężki. I muszę go nosić. Muszę! Muszę!
                        Szept wiatru zwodniczy. Gdyby tylko, gdyby tylko…
                                                    Nie! Nie mogę!
      …Nie dam rady. Jestem jak ten robak, którego trzeba wdeptać w ziemię.
Jeszcze przesłuchanie na policji. Musi przez to przejść, przez szereg pytań. Niektóre ominąć, bo niebezpiecznie śliskie.
                                            Pytania. Wszędzie pytania.
Miał coraz większe trudności z przytakiwaniem, bądź zaprzeczaniem. Nie znajdywał słów, jakby miał kamień w gardle. Pytania te tłukły się echem w skroniach, jak głuche zaklęcia; Dlaczego to zrobiła? Czy mieszkaliście razem? Kochanka, koleżanka? Czy wiedział pan, że ćpa? A pan?? A ja, co?!
Coś się w nim skurczyło, zamknęło, jak muszla w obliczu zagrożenia. Spojrzenie zamarło w bezruchu powiek, blady uśmiech rozmył się na twarzy.
Wyszedł bez słowa pożegnania, z brodą wbitą w szyję, jeszcze bardziej rozbity, znarkotyzowany, pozbawiony życia.
Nogi poniosły na dworzec PKS. Wsiadł w autobus do Piły. Został mu tylko Zygmunt i Agata. Wszedł powoli po schodach, i przez całą wieczność dygotał pod ich drzwiami, zanim wreszcie zdecydował się zapukać zdrętwiałymi palcami. Powietrze stało się nagle jakby cięższe, bardziej duszne. – Nie powinien tu przychodzić…
                 Otworzyła mu Agata z Zygmusiem na ręku. Spojrzała ostrożnie. Adam wyglądał jak skopany pies i wydawał się zupełnie wyrwany ze swojego życia, bezradny jak to dziecko, które trzymała na rękach.
- Stało się coś strasznego – wychrypiał.
Przez chwilę walczył ze sobą o odzyskanie wewnętrznej równowagi. Niemal fizycznie czuł, że Agata próbuje przeniknąć jego myśli. Otworzył usta i od razu je zamknął, po czym wziął głęboki oddech i wypełnił sobą drzwi.
- Chciałem pogadać z Zygmuntem, z tobą… Muszę z kimś pogadać. Muszę! W pracy nie mogłem. – Zabrzmiało rozpaczliwie, błagalnie. – Już nie ćpam, Agata, tylko dźwigam na plecach nienajlepszy bagaż doświadczeń. Bardzo mi uwiera i nie daję rady w pojedynkę. Moja dziewczyna… moja dziewczyna… Nie udało jej się uratować. Umarła. Wczoraj umarła… Zaćpała się na śmierć. Nie żyje. Ona nie żyje! – Skulił się, przygarbił. – Moja głowa stała się mała, o wiele za mała, żeby to wszystko ogarnąć.
Jego oczy spoglądały na Agatę z rozpaczą, a twarz zamykała się w spazmie fizycznego bólu.
- Wejdź. – Agata szerzej otworzyła drzwi."