piątek, 9 listopada 2012

Powieść:" Co ja tu robię?"



 W miesiącu grudniu 2012r ukaże się na rynku czytelniczym moja  następna powieść:  
 „ Co ja tu robię?”.


KiIka słów o książce: 
„ Co ja tu robię” – to współczesna powieść psychologiczno – obyczajowa, która porusza kwestie spełnienia i tożsamości, dramaty istnienia, problematykę wiary, winy i wiele innych tematów związanych z życiem.
Bohaterki powieści; dwie siostry, psychologiczną wnikliwość łączą z trudnym życiem, szukając swojej drogi do szczęścia i w obu przypadkach jest ona skrajnie inna.
Powieść odsłania świat, w którym tak naprawdę – jak w życiu – nic nie jest oczywiste i wszystko może się wydarzyć; od radości po dramat ludzki.
Ta misterna, rozgrywająca się w Pile, bezpretensjonalna powieść, pełna jest zagadek i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

 
Przy okazji promocji wcześniej wydanej książki: „ Szansa na szczęście”, która odbyła się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Pile ( Filia nr3.) miałam przyjemność zaprezentować urywki mojej nowej powieści, a które spotkały się z dużym aplauzem i ogromną życzliwością licznie zebranych na spotkaniu czytelników i miłośników książek. Po spotkaniu nawiązała się szczera, pasjonująca dyskusja, wiele wnosząca, z cennymi uwagami, które zawsze przyjmuję z pokorą. 
Poniżej zamieszczam zdjęcie ze spotkania i urywki mojej nowej powieści. 







Urywki powieści " Co ja tu robię?"


„Zgasiła światło i położyła się, usiłując się wyciszyć. Za cholerę! Czuła się naciągnięta jak sprężyna. Postawiła ojca pod murem… Kiedyś pod tym samym murem postawiła go Krysia, a mamę niemal rozstrzelała. Emocjonalnie, na pewno.  Krysia… Dwa lata od niej starsza, wysoka i zgrabna, z pięknym, czarującym uśmiechem na twarzy, była uwielbiana nie tylko przez rodzinę. Była wschodzącą gwiazdą jazzu z przepięknym głosem i posiadała wszystkie cechy do zrobienia kariery w kierunku muzycznym. Niestety, postanowiła inaczej. Wszystkie wielkie prawdy religijne i tajemnice wieczności przepełniły jej duszę ciekawością poznania Boga i nie szło jej przekonać, że nie tylko to jest ważne w życiu.
– Zakon! To moje powołanie! Będę misjonarką – odkryła z dnia na dzień. – To moja droga. Innej nie mazdecydowała.
Wszystkim zaparło dech, ale Krysia szła w zaparte.
– Dlaczego wszyscy sądzicie, że nie wiem co robię? – denerwowała się.
– Bo nie wiesz! – Krzyczeli mama i ojciec. Obydwoje naraz.
Twierdziła z uporem, że najbardziej kocha Boga i taki jest jej wybór, już nie zmieni zdania. Przykro jej, że rani najbardziej bliskie jej osoby, ba, czuje się okropnie rozdarta, ale...
– Ależ, Krysiu, przed tobą jeszcze całe życie, może wielka, szalona miłość? – próbowała przekonywać mama.
– Bardziej szalonej i konkretnej miłości nie znajdę.
– Doprowadzasz mnie do ostateczności. Brakuje słów…
– To i nic nie mów, tylko popatrz sercem, mamo.
– Serce to mnie boli i nawet nie wiesz jak!
– Nie dogadamy się, mamusiu. Nic nie rozumiesz. Toż to chodzi tylko i wyłącznie o moje szczęście, a tylko tu je mogę odnaleźć – stwierdziła z przekonaniem. Odbijała słowa jak piłki pingpongowe.
– Jesteś straszną egoistką…
– Nie, mamusiu, mylisz się. To nie egoizm. Wszyscy ludzie, ty i ja, dziadek… mają boski potencjał. Wiesz o tym, a osiągną pełne człowieczeństwo dopiero wówczas, gdy zostanie on zrealizowany. Moje miejsce jest w zakonie, tak to czuję, ba, jestem o tym przekonana. – Zacisnęła usta. – Przykro mi, już postanowiłam i nie zmienię zdania.
Maria położyła dłoń na dłoni córki i lekko ścisnęła jej palce. Nie rób mi tego, Krysiu powiedziała z bólem.
– Ja już postanowiłam, mamo. – Przykucnęła przy fotelu matki. – Proszę…
– Nigdy się na to nie zgodzę. – Pokręciła głową, spoglądając w stronę młodszej córki, która właśnie weszła do pokoju. – Zawsze myślałam, że istnieje Bóg… Chyba jednak ojciec wasz i ty Aga, macie rację – powiedziała i gwałtownie zasłoniła sobie usta.
– Nie mają racji, ale nie w tym rzecz! odpowiedziała nerwowo Krysia.
Wieczorem weszła do pokoju Agi i przysiadła na jej łóżku.
– Wiem, że wszystkich ranię, wiem, że to nie dociera tak do końca ani do ciebie, ani tym bardziej do mamy, ale ja muszę tak zrobić – powiedziała cicho, rozpaczliwie, ale stanowczym tonem. – Zrozum mnie! Chociaż ty zrozum, Aga, i wesprzyj – dodała, spoglądając w jej oczy i szukając w niej poparcia. – Przekonaj ojca, masz z nim taki dobry kontakt, a on już na pewno przekona mamę – mówiła gorączkowo. – Ja muszę tak postąpić. Zrozum mnie…
 Bezruch w pokoju stawał się wręcz namacalny.
– Nie musisz. Chcesz. Co cię do licha napadło?! I wcale cię nie rozumiem, ani twoich gadek o Bogu. Ani myślę cię wspierać w głupich, bez sensu decyzjach, których będziesz za chwilę żałowała.
Krysia potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
– I ty jesteś przeciwko mnie? – jęknęła głośno, spoglądając na Agę jak na wolno myślące dziecko z gimnazjum, które nie rozumie, ile jest dwa razy dwa i musi policzyć na palcach.
Potarła czoło brzegiem nadgarstka, z zamkniętymi oczyma, jakby modląc się do swojego Pana o łaskę zrozumienia, potem spojrzała w oczy – jej, bezbożnicy, której nie była dana ta łaska.
– Wiesz przecież, że tak nie jest, ale za czorta nie potrafię tego zrozumieć, Krycha. Przecież nawet nie jesteśmy specjalnie religijne. O co chodzi?! Zawiodłaś się, jakaś złamana miłość?? Co cię do licha napadło? No mów!
Krystyna spojrzała z oburzeniem. – Jaka miłość, jaka złamana? A religijna nie jesteś ty i twój kochany tatuś! – powiedziała niemal ze złością, co było do niej niepodobne. – I doprawdy mam już dosyć tych stałych dyskusji na ten temat, tych nerwów i tego stresu, który mi wszyscy szykujecie. Myślałam, że chociaż ty mnie zrozumiesz, Aga. Potrzebuję tego, jak powietrza w płucach – dopowiedziała gorzko i wyszła z pokoju. W oczach miała łzy.
Zza okna dobiegało wycie karetki, która pędziła gdzieś na złamanie karku, zagłuszając na moment myśli, rozdeptując powagę sytuacji. – Dziczejesz moja siostro! Jest to niezrozumiałe jak trzy nosy, które namalował Picasso –powiedziała Agnieszka bardziej do siebie, niż do siostry.
Ich matka nazwała tę decyzję Krysi bólem zawodu, bólem klęski. Swojej klęski. Ojciec pewnie też tak myślał, tyle, że był twardy, a myśli, te prawdziwe, ukrył głęboko. Zakopał na długo.
– Życiu towarzyszą i szczęśliwe i przykre zakręty losu – powiedział. – Teraz weszliśmy w ten drugi – dodał.
– Nie weszłam w żaden zakręt, moi kochani. Przede mną prosta droga, a wy wszyscy kombinujecie jak mnie unieszczęśliwić. Nie wiecie co dla mnie dobre. – Twarz Krystyny pozostała napięta i urażona.
             W kilka tygodni zniknęła z domu z jedną walizką i zaciętą twarzą, gdyż do końca, codziennie, była kłótnia, wałkowanie tematu i nerwowe przekonywanie, które było jak dziura w budżecie służby zdrowia, czy niedopilnowanie spraw ciężkiej wagi, typu brak leków na nowotwory dla ciężko chorych ludzi. W pokoju na stole zostawiła kartkę w kratkę wyrwaną z zeszytu: Muszę odpocząć. Muszę się zresetować. Jest to możliwe tylko przy Bogu. Będę w zakonie w Konstantynowie… jakby co.
Jakby co?! – denerwowała się mama, zaciskając usta w wąską kreskę i przeciągając drżącą ręką po twarzy. To było niepojęte!

          Kiedy Krystyna przysłała list, że żyje, że ma się dobrze i że tęskni, kolce zaryły się boleśnie w jej ciało, bo nie napisała „bardzo” i znowu było źle. Wszystkim było źle, ale szczególnie właśnie mamie. Umierała z niepokoju, bo i co to znaczy – mam się dobrze…? A czy nie mogła kiedyś zadzwonić? A Skype? Jak tam zatem ich córka żyje wśród tych dzikusów, gdzie zero cywilizacji? A jeżeli ją utłuką? Tyle się słyszy! Tyle się czyta! A jeżeli zwalą się na nią choroby? Przecież to się zdarza… malaria… cholera… czy inna cholera! Zastygła w przerażeniu.
– Jak ona, taka delikatna da sobie radę, Tadziu? – wyszeptała drgającym głosem.
I tak to było niemal każdego dnia, a ten nieliczny z listów Krysi okazał się ostatnim. Na święta przychodziła kartka lub telegram z życzeniami błogosławieństwa Bożego, czasami kartka z bukietem fiołków, czy róż na urodziny, czy inną okoliczność i tyle. Zero kontaktu słownego. Wszystkim nie mieściło się to w głowie, a najbardziej mamie.
– Za co Bóg mnie karze?! Co zrobiłam źle? Michaś umarł… Krysia… Już nie mam Krysi! – Zacięła usta w wąską kreskę. – Już nie mam Krysi. Umarło mi dwoje dzieci. Obudziły się drzemiące demony na jednej z półek jej myśli.
– Michaśśśś... – krzyczała nocą w poduszkę, dławiła się łkając.
Z pokoju rodziców dobiegał skowyt nieludzki, aż krajało się serce. Agnieszka nie mogła spać, podsłuchując pod drzwiami. Tak bardzo jej było żal mamy i wtedy to już całkiem nie potrafiła zrozumieć siostry.
                – Dlaczego to robisz mamie?! Dlaczego? – wykrzykiwała z goryczą, zamknięta w swoich czterech ścianach pokoju, zaciskając zęby.
A na dodatek zostawił ją Heniek. ŻENIĘ SIĘ… Resztę niedokończonego zdania rozwiał wiatr za oknem, które szeroko otworzyła, łapiąc oddech.
 I cóż mogła zrobić, jak nie pooddychać świeżym powietrzem?
 I cóż mogła zrobić, jak nie milczeć o swoim bólu, bo nie da się go wypowiedzieć, bo i komu? Mamie, nie mogła, ojcu też nie, bo był zbyt zajęty pocieszaniem i ratowaniem psychiki żony. Dziadek był daleko ze swoim też świeżym kłopotem. Wcale nie takim błahym. Co za parszywy świat! Ale oczywiście przyjechał, gdy tylko usłyszał słowo: „depresja Marysi”.
                – To nie tak, Maryniu – mówił. – Została Agusia. Masz dla kogo żyć. Czy nie widzisz, co się z nią dzieje? Stare przeżycia, te najgorszego typu nie blakną moje dziecko, tylko palą. Wiemy o tym wszyscy i przy każdej okazji ich przypomnienia powracają − mówił − ale i co z tego? Weź się w garść, bo stracisz następne dziecko. Musisz odnaleźć siebie, wsłuchać się w swój rozum bardziej obiektywnie. Musisz być silna, masz dla kogo – przekonywał, zamknięty z córką w altanie.
Ale Aga i tak słyszała, strzygąc uszami.
– Żale? Złość? Na kogo, dziecko? Czy choć wiesz, na kogo się złościsz? Na Boga? Jeśli już masz się na Niego obrażać, to znajdź sobie lepszy powód, jak zakon córki. A skąd wiesz, czy ona tam właśnie nie jest szczęśliwa? Czy się nie odnalazła w swej misji? – mówił cierpliwie, będąc bardzo wierzącym człowiekiem, który nie stracił wiary tylko dlatego, że życie go dotknęło.
– Nigdy się z tym nie pogodzę! – stwierdziła, przygryzając wargi w zdenerwowaniu. – Od wielu lat nie czuję nic innego prócz bezsilnego gniewu i bezkresnego żalu. Zżera mnie – doprecyzowała.
– Spójrz na powód swojej złości, Maryniu.
– Powód jest znany.
– Spójrz na to z innej strony; krytycznie, ale w stosunku do siebie – umilkł. ”

              – Jestem wypalona do cna – powiedziała w miarę pogodnie i zgodnie z faktycznym stanem ducha. – A teraz bierzmy się do pracy, bo nie uśmiecha mi się garować po godzinach, choć rzeczywiście czasu mam do oporu, ale też kocham spać. I to całe osiem godzin. – W jej oczach znowu pojawiła się determinacja. – Mogę włączyć radio? Może złapiemy jakąś muzykę – spytała bez sensu.
– Poprawi ci to nastrój? – spojrzał na nią przeciągle.
– Tak. Muzyka zdecydowanie mi pomaga. Na wszystko! Nawet na kłucie szpilek w skroniach.
– A kują?
Uśmiechnęła się kącikami ust, przerzucając stacje. Doleciały zjadliwe słowa polityków ociekające kłamstwem i nienawiścią. Wstrętne czasy, nic się nie zmieniło, chociaż inne rządy i inne problemy nękające państwo.
– Interesujesz się polityką? – spytał znad swojej deski kreślarskiej.
– Prowokuje do myślenia.
– Tak sądzisz? Mielonka przez cały dzień, następnego dnia też mielonka, tyle, że więcej w niej ochłapów. I tak codziennie. Szczególnie w telewizji.
– Owszem, nie sposób uciec od polityki, czy jak mówisz, od tej mielonki. To kabaret, który złości, miast rozweselać, ale oglądam. Coś wszak trzeba robić z czasem.
– A… co byś powiedziała, gdybym cię dzisiaj zaprosił na kolację? – zapytał i na widok jej zdziwionych oczu umilkł gwałtownie. – Zachowuję się jak dzik na haju? – dorzucił humorystycznie i niemal ją tym olśnił.
– O której i gdzie mnie zapraszasz? – spytała konkretnie, mrużąc oczy.
Ucieszył się. Tak się jej przynajmniej wydawało.
– Chciałbym cię porwać gdzieś za miasto – umilkł.
Kompletnie nie zdawał sobie sprawy z burzy uczuć, które szarpały jej wnętrzem, ale był bardzo uprzejmy i wydawało się, że emanuje z niego życzliwość. Także walory fizyczne były nie bez znaczenia. – Bujna, rudawa czupryna kręconych włosów, te dziwne, szare oczy, z których umiał robić użytek. Czaiła się w nich… powściągliwość i niezwykła, niespotykana żywa inteligencja. Szok! Mężczyzna, który potrafił rozumować i dyskutować godzinami na wszystkie interesujące ją tematy. Do tej pory rozmawiała tak tylko z ojcem, reszta mężczyzn to pajace na sznurku, którymi zawsze ktoś pociągał; matka, ojciec, koledzy, bądź sytuacja. Ta najczęściej.
                Jeszcze tej nocy poszli do łóżka; do jego łóżka w jego niewielkiej kawalerce. Rano wstała z kacem i wyszła na balkon. Spojrzała w niebo. Lało żółtym światłem i obiecywało radość. Umykające szybko promyki słońca chwilę tańczyły po jej twarzy, by ukryć się za nadchodzącą ciemną chmurą.
– Co się dzieje? Czemu już wstałaś? – doleciało odległe. – Jest sobota.
– Muszę gonić do domu.
– Masz psa?
– Kota – roześmiała się.
– Kota się nie wyprowadza. Kota się ma – odpowiedział również ze śmiechem.
– No właśnie. – Zachichotała, w jej oczach pojawiło się rozbawienie.
– A chciałabyś mieć psa? – spytał – spoglądając w jej przepastne oczy.
Nie odwróciła wzroku. – Chciałabym. Zawsze to raźniej iść na spacer.
Podeszła do okna i machinalnie je otworzyła. Wyjrzała. Za oknem chłodny, ponury smutek. Wbiła wzrok w nieistniejący punkt za oknem, bezskutecznie przywracając umysłowi spokój. Wiatr zmarszczył twarz, szarpnął włosami. Wydobył niezrozumiały lęk. Był to tylko niepokój? Uspokój się, uspokój… Zamknęła okno i poprawiła firankę. Jak to uczynić, gdy za oknem hałasuje wiatr, mąci myśli, przepędza te bardziej optymistyczne, a tchórzostwo pozostaje górą? Tchórzostwo? Tak, przed życiem.
Jesteś taki młody…
Nie mogę dostrzec nawet samej siebie.
Nie wiem, czy warto cedzić słowa przez sito doświadczeń…
Może i warto.
Jeśli nie spróbuję…”

„– Wierzysz w Boga? – spytał Wacek.
– Nie wiem… Po ostatnich wydarzeniach, no wiesz, tych z moją siostrą, już zupełnie nie wiem, co myśleć.
Kiwnął głową, że rozumie. – Ja uważam, że o Bogu możemy mówić jedynie językiem symbolicznym, odrzucając rozum – stwierdził, czekając na jej reakcję.
– No tak… To przecież jak wiemy, dogmat. W Boga albo się wierzy, albo i nie – odpowiedziała. Potarła czoło w zakłopotaniu.
– Mówisz dogmat, a to nic innego, jak sposób, by oduczyć nas myślenia. Tajemnice bytowania ponad wszystkim! Rodzaj wiedzy i ciemności zarazem, gdzie nic się nie dojrzy – spojrzał jej wnikliwie w oczy. – Bóg, pozostając od czterech, czy więcej tysięcy lat w swej odwiecznej tajemnicy, jest jakby doczepiony do człowieczego losu, a my nic o nim nie wiemy ponadto, co nam się wydaje i co nam wciskają na ten temat różne źródła i różni ludzie od tysięcy lat. To wszystko jest poza zasięgiem rozumu – mówił.
Spojrzała na niego spod oka. – A Jezus? Był przecież człowiekiem z krwi i kości. Myślę, że ludzie mają boski potencjał… przyglądając się temu uważniej.
Zaśmiał się krótko, jakby Agnieszka uraczyła go zabawną dykteryjką. – Jednak to jedyny awatar…
– Posłuchaj mnie, Wacek – zaczęła z uśmiechem. – W Boga albo się wierzy, albo i nie – powtórzyła. – A żeby wchodzić w takie dyskusje, trzeba się na tym choć trochę znać; przestudiować historię Boga w chrześcijaństwie, judaizmie i innych religiach… a my… a ja?
– Czyli uciekasz Agusia od rozmowy? – zajrzał jej w oczy. – Ja sporo czytałem na ten temat i dlatego…
Uśmiech zniknął z jej twarzy jak za zdmuchnięciem świecy. – A ja nie czytałam – przerwała mu – i może dlatego uciekam od tych dyskusji, jak większość ludzi. Ale siostrze jednak wierzę, to nie jest głupia dziewczyna; zakutana i zaślepiona. Mówiłam ci, że jest misjonarką? – westchnęła mimowolnie. – Wierzę też dziadkowi, który jest inteligentny, a swoje życie oparł właśnie na wierze.
Uśmiechnął się. – A ty, Agusia?
Chrząknęła. – No cóż… Nie boję się rozmawiać, ale zapewniam, że wolę być przy boku Boga, nawet biernie, ale jednak z nim. I koniec tych dyskusji. Przynajmniej na dziś. Jutro opowiem ci o Krysi, a pojutrze o dziadku. Powiem ci na koniec, że niezbyt pewnie się czuję, przy tego typu rozmowach.
Uśmiechnął się pod nosem. – Boisz się piekła? A nóż coś tam jednak jest? Czy to na tej zasadzie? – spytał, przytulając ją do siebie. – Nie chcesz o tym rozmawiać? – spytał domyślnie. – Powiem na koniec tyle, że nawet najbardziej przywiązani do dogmatów chrześcijanie nie wyobrażają sobie, że piekło znajduje się w środku ziemi. Prawda? – zajrzał jej w oczy z kpiącym uśmieszkiem. – W ogóle sobie tego nie wyobrażają, bo po co? Nie ma na to odpowiedzi – dodał, wykrzywiając w uśmiechu usta.
– No… nie ma – umilkła.
– Sama widzisz. Boga poznajemy wyłącznie przez rozważania innych i poprzez rozmowy – stwierdził, spoglądając na nią uważnie. – Niebo, piekło, raj, to rzeczywistość urojona, znajdująca się w jakimś wyodrębnionym miejscu. Tylko, pytam, gdzie ono jest? Gdzieś ukryte poza zasłoną wrażeń zmysłowych, niewyobrażalnych?
– A ja myślę, że istnienia Boga nie da się udowodnić na drodze logicznego rozumowania, lecz nie można również przedstawić dowodów na jego nieistnienie. Tak więc jak powiedziałam, albo się wierzy, albo i nie. Wiara nie wymaga wiedzy, mądrości ani pewności i koniec dyskusji! – zaśmiała się krótko i ostro, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści.
– Jesteś Agusia zdenerwowana? – spytał. ”

„Rozmawiali na bliskie sobie tematy. Każdego dnia znalazł dla niej trochę czasu.
– Są ludzie, których trzeba ratować. Są wszędzie. Jest świat, który trzeba budować – to jest moje życie, moja największa miłość. Nie potrafię bez tego żyć. Muszę wyzdrowieć.  – Zapalała się. Jej oczy płonęły ogniem, bynajmniej nie gorączki.
– Jak ty to robisz? Skąd w tobie tyle życia, tyle energii? – pytał, wstrzymując oddech.
Spoglądała na niego tymi cudownie świetlistymi oczami i mówiła dalej, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo go zaciekawia, jak z każdym dniem, jest bliżej niej; bliżej jej poglądów, bliżej jej świata, ale i bliżej kobiety, którą przecież była z krwi i kości. Ten gorący rumieniec na jej pliczkach, kiedy ją dotykał niby przypadkiem…
– To miłość do ludzi, a tym samym do Boga, w tych najgłębszych pokładach, daje energię, która każe chodzić, biegać, walczyć z przeciwnościami, żyć dla innych. – W jej oczach zabłysło światło.
Patrzył jak urzeczony.
– Co?! Co tak patrzysz? Zbyt górnolotnie mówię? – roześmiała się.
Chwycił ją za rękę. – Pięknie mówisz. Budujesz. Chce się żyć przy tobie, a i tobie wróciło życie – zażartował, zaglądając w jej spłoszone oczy.
Coraz częściej się płoszyły. Cała się płoszyła. Jej ręka w jego ręce była drżącym ptakiem. Uwolniła ją. Tylko jeszcze serce trzepotało. Ten jego dotyk…
Czuła się fizycznie znacznie lepiej, jak za pierwszych dni, kiedy tu trafiła z ostrymi boleściami i kiedy niemal bezradnie zaglądał jej w oczy, poprawiał kroplówkę, debatował z lekarzami, uciekał do swoich zajęć, by po kilku godzinach znowu się pojawić z ciepłym uśmiechem, z błyskiem w oku – jej prawdziwy przyjaciel, jak go nazywała, modląc się do swojego jedynego Pana.  Chryste, mój ukochany, daj mi siły…
Siły? Do czego siły?? – pytała tylko czasami.
Teraz, po blisko miesięcznym leczeniu, pytała codziennie.
Dzisiaj, kiedy ją Karol pogłaskał po dłoni, odgarnął niby niechcąco włosy z jej czoła, zachciało jej się płakać, zabrakło tych sił, ale nawet nie drgnęła jej twarz.
Tylko oczy żyły…
I nie mógł tego zauważyć!
I nagle ogarnął ją strach.
Przed czym strach?
Serce ścisnęła żelazna obręcz i poczuła niemal fizyczny ból. Całe życie musiała być dzielna. Czy to jeszcze mało, o Boże?
Czy muszę być jeszcze bardziej dzielna? Znów walczyć?
Tym razem ze sobą. ”