sobota, 26 kwietnia 2014

OPOWIADANIE : " JESTEM?"

JESTEM?
 
Krótka decyzja. Agata spakowała walizkę. Osiemnaście godzin jazdy – Londyn. Miasto piękne, ale i cóż z tego? Szybko doszła do wniosku, że nic tu po niej. Ten wyjazd na Wyspy nie był strzałem w dziesiątkę. Gdyby nie strach, który ją w dziwny sposób ukochał, wróciłaby do kraju po trzech miesiącach.
Strach przed czym? Przed byłym mężem? Że do niego gotowa wrócić? Strach przed sobą?
Nikt z jej znajomych nie potrafił zrozumieć jej nagłej decyzji o powrocie do kraju. Miała przecież niezłą pracę i spokój. Ona sama też nie rozumiała tego tak do końca. Wiedziała jedno: kiedy stawała w oknie i pojawiały się nagle kapryśne promienie, falujące znienacka tęsknotą, czuła się tak, jakby stała nad taflą lustra, w którym powoli przesuwa się krajobraz jej miasta rodzinnego – Kraków; stare kamienice, i echo kościelnych dzwonów. I myśli cisnęło się bardzo wiele, ściskało się serce i ten szept cichy, gdy na twarzy czuła oddech wiatru. Obcego.
– Co ja tu robię? – pytała siebie.
Dławienie w gardle. Ostra krawędź życia wyryta na ustach. Nic się przecież nie stało, nawet, jeśli się stało. Ruchomy cień myśli przemknął chyłkiem. Coś w niej drgnęło. Jestem? Poruszyła palcami, dłonią, tułowiem. Jestem. Chyba…
Potem wyprostowała plecy. Nie, nie może być całe życie schylona. Wróciła. Poszukała pracę. To co, że mniej płatną? Poszukała też następnego męża i znowu nie tak!
– Czy ty umiesz zajmować się tylko sobą? Dziecko?!– cierpkie słowa Jana przylepiły się do uszu.
Nie, nie chciała się wdawać w analizę ich kontrastowo odmiennych osobowości. Jan usuwał się w swoje życie, zgarniając za sobą wszystkie jej wysiłki, by wyjść z dołka. Codziennie był dalej i codziennie kradł jej marzenia.
Marzenia?
Były.
Zostały zmiecione lotem błyskawicy. Może nieświadomie. Pewnie tak. Ot, po prostu – mówili innym językiem. Nie ta koalicja.
Ale nie tylko o to chodziło – różnymi językami mówi większość małżeństw, a dogadują się przecież. Oni, jakoś nie mogli.
Gdyby tak było dziecko…
W ciemnościach nocy gardło ściskał szloch.
Żyjąc z Janem miała wrażenie, że mieszka w muzeum pełnym przeciągów i wyładowań elektrycznych i mimo wielu starań nic nie mogła z tym zrobić.
Rozdrażnienie zaczęło się przebijać na zewnątrz; w słowach, w tonie głosu, nawet w sposobie prowadzenia domu. Odczuwała zmęczenie. Potworne zmęczenie. I to poczucie osaczenia!
Jak to koszmarne abecadło polityczne, reguła zakłamania, reguła kneblowania ust. Czasami próbowała szczeknąć. Ale wychodziło to gorzej jak marnie. Na koniec doszła do wniosku, że jej małżeństwo to ślepa uliczka, a ona sama nie umie się już w niej odnaleźć. A może to moja wina? Od początku? – zmarszczyła czoło. Może nie zauważała wysiłków z jego strony w kierunku zgody, bo pewnie były? Może też nigdy nie powiedziała: wiesz, podoba mi się to co robisz, podoba mi się twój sposób myślenia, wyrażania tych myśli – moje są inne, ale przecież każde z nas ma prawo do własnych poglądów. Może nigdy nie zrobiła tego? Pewnie nie zrobiła. Nie zrobiła. Zagryzła wargi – co ja wyprawiam? O co mi chodzi? To, że nie możemy się porozumieć? Że inaczej myślimy? 
Nie jesteś czuła, wyrozumiała i uciekasz w milczenie, a milczenie przypomina pogardę – uświadomiła sobie. Tak to może wyglądać.  Czy tak właśnie jest?
Zaskoczona i ogarnięta dziwnym poczuciem winy, zmarszczyła czoło. Teoretycznie bardzo dobrze znała zagadnienie nieudanego związku. Zwykle to dwie strony…
Starła z czoła kilka kropelek potu, stojąc pośrodku pokoju zmęczona, zdenerwowana, przerażona (?) i niepewna. Niczego niepewna i skołowana. Tak, skołowana.
Popukało w głowie. Cóż za dzień... Nic, tylko kopniaki. W telewizji też. I czas, który ich dokłada. Życie w świecie chaosu, w przygnębiającym i pogłębiającym się absurdzie. Te rozmowy z Janem…Jej niewinne – o zobacz, wyrzucają niepokornych – przywołało zawieruchę.
 - Zawieszają, jeśli już…I dlaczego niepokornych? Widocznie zasłużyli. Nie opowiada się byle czego i to jeszcze w mediach. I dlaczego z  takim przekąsem to mówisz? Chyba jesteś złośliwa moja droga.
- Nie jestem złośliwa, tylko do diabła, potrafię patrzeć i myśleć.
- Chcesz powiedzieć, że ja jestem zaślepiony i nie myślę? – Jan poczerwieniał z irytacji.
- Nic takiego nie powiedziałam.
- Po cholerę wchodzisz w tą brudną politykę?
- Dzisiaj nie ucieknie się od niej. Jest wszędzie. W pracy, w kolejce, w pociągu i na ulicy.
Chwyciła pędzel. Ciemne, posępne barwy światła, w którym od tak dawna już egzystowała, przelała na płótno. Z pasją, z nienawiścią, z bólem.
Obraz będzie się nazywał: – Niepewność, pomyślała dokładając farby. – Pęknięcia na nim sączą piasek…zasuszone płatki myśli…Światło nad nim nie daje wyboru…może choć jakiś dotyk zawieszony w powietrzu nabierze ciepła…a może rozplecione, niesforne myśli…ułożą się w jakiś kształt wyraźniejszy?
Akurat!  
Histeryczny śmiech podszedł do gardła. Przełknęła go, jak przez te w wszystkie lata małżeństwa z Janem, przełykała swoją dumę i swoją porażkę. Znów się pomyliła! Jak jeszcze, i musi ponieść konsekwencje. 
Powiało wiosną, kiedy go poznała – ogarniająca ją fala zapachów ubiegłorocznych liści i miodu. Myląca powierzchnia zdarzeń, słów i stało się. Rozum poszedł na urlop. Rozleniwiony, rejestrował same zalety! Jan, po latach dzikiej samotności będzie jej przystanią. Złudna myśl uwiodła – to ten…Po pół roku znajomości pobrali się. I teraz ma! Ich małżeństwo nie było bezpieczną przystanią. W ogóle nie było przystanią. Było łodzią na rozszalałym morzu. – Nerwów.
Jan zatapiał tę łódź? I cóż, że nieświadomie? Ale zatapiał. Ją, też. Nawet nie umiała pływać. Nawet nie umiała chcieć – bronić się. Po prostu była. Pod ręką. Cicha. Ustępliwa. Bez większych wymagań.
Podeszła do okna i machinalnie je otworzyła. Wyjrzała. Za oknem chłodny, ponury smutek. Wbiła wzrok w nieistniejący punkt za oknem, bezskutecznie przywracając umysłowi spokój. Wiatr zmarszczył twarz, szarpnął włosami. Wydobył niezrozumiały lęk. Był to tylko niepokój?
Nie, to nie był niepokój, to było coś znacznie gorszego. Gdzieś w najgłębszych pokładach jej pamięci tkwiło jakieś dręczące wspomnienie, którego nie mogła dopasować do żadnej sytuacji. Uspokój się, uspokój…powiedziała na głos.
Zamknęła okno i poprawiła firankę.  – Uspokój się, uspokój, powtórzyła w myślach. Tylko jak to uczynić, gdy za oknem hałasuje wiatr, mąci myśli, przepędza te bardziej optymistyczne.  
Psychiczne odrętwienie? Depresja?
Myśli powinny mieć kierunek, cel. A jej myśli? Odbijają się od jakiejś niewidocznej bariery strachu, pulsują.
Niebo rozdarła pierwsza błyskawica, a następnie rozległ się potężny grzmot. Upłynęło parę sekund, zanim zdała sobie sprawę, skąd ten ogarniający ją niepokój, a kiedy zrozumiała, znajome uczucie wielkiej straty napłynęło falą do jej serca – mama…Był taki sam dzień, gdy„ odeszła”. To było tak dawno... Uruchomiła wehikuł czasu, włączyła w nim wsteczny bieg – MAMA. Szczupła, ciemne loki, duże niebieskie oczy. Patrzą na nią zamglone, zapłakane, na małą dziewczynkę ze śmiesznymi warkoczykami.
– Czemu płaczesz mamusiu?                   
 
– Nie płaczę – powiedziała i wyszła.
Zrobiło się mroczno i zimno. Przylepiła nos do szyby – mamusiu…Za oknem padał deszcz. Wielkie krople rozmazywały się po szybie. Ściekały jak jej łzy. Łzy małej dziewczynki. Bezradne. – Mamusiu…
Nadchodził wczesny, o wiele za wczesny zmrok. Zrobiło się czarno, ani jednej gwiazdki, ani krzty nadziei.
– Mamusiu… – zawołała rwącym głosem.
Ale ona nie usłyszała jej krzyku rozpaczliwego, jej szlochu. Odeszła w tę ciemność nieświadoma jej strachu. Nieświadoma niczego. I zrobiło się strasznie cicho. Coś wisiało w powietrzu.
Jej szybki oddech? Wystraszony? Mokry od płaczu? Nie, to ta cisza, która wydawała się nie odchodzić, wtopiona w jej strach bezwolny – zwiastun nieszczęścia?
– Mamusiu…mamo… – Oddech zamarły w oczekiwaniu. – Mamusiu…u…u – słowo odbiło się echem jak fala uderzeniowa po przekroczeniu bariery dźwięku.
– Dziecinko, chodź…Ciepłe ramiona babci. Zmęczone, wiotkie jakieś. Nie ten głos i daleki, stłumiony grzmot. Wszystko było niesamowite; dziwne światło zachodu, dziwne dźwięki rozmów, wyciszone, niepewne, i to spojrzenie babci, ten grymas na jej twarzy, oczy pełne żalu.
– Chodź maleńka.
– A mama??
Pomruk za oknem, zalane szyby i zgarbione ciało babci. Skurczone w bólu? Agata westchnęła cichutko. Dlaczego wciąż jeszcze to bolało, uwierało myślą? A jeszcze bardziej uwierało, że Jan na wiadomość o jej ciąży, wściekł się.
– Nie urodzisz tego dziecka! – wrzeszczał.
Jej serce zabiło w niebezpiecznym tempie. Cierpki wyraz twarzy męża nie wróżył nic dobrego. Puk, puk, puk – stukało po zwojach. Motylki w brzuchu umierały.
– Nie zmieniłaś zdania w sprawie ciąży? – zapytał Jan po tygodniu kłótni.
Przesunął nogami dywan. Jak zwykle. I jak zwykle go poprawiła, krzywiąc się jednocześnie. Czuła, jak wzbiera w niej gniew. Przeciw czemu gniew?
Gniew powinien mieć kierunek, cel, w który uderzy. A jej, kogo miał dosięgnąć? Jan był poza nim. Nic nie rozumiał.
– Dobrze wiesz, że nie zmienię zdania i nie rozmawiajmy już o tym. A tak na marginesie, poważnie wątpię, żeby istniało jakiekolwiek ryzyko, jak chodzi o zdrowie psychiczne naszego dziecka. Zresztą, tak czy tak, urodzę go i przestań patrzeć na mnie w taki sposób, jakbyś chciał mi się rzucić do gardła. –  Zagryzła wargi i odwróciła się tyłem.
– Ja lepiej wiem co mówię! Od lat biorę kupę leków! To nie może być bez znaczenia! Poza tym, jestem już za stary…
Szur, szur, szumiało za oknem. Jakiś odległy jazgot. Przezwiska. W telewizji też jazgot. I jazgot w głowie. – A jeżeli to dziecko Zygmunta?? Przypomniała sobie szkolenie w Toruniu i dwie noce pełne miłości. Puściła gorący prysznic i weszła pod strumień wody.
Kiedy gorąca woda uderzyła ją w twarz, przyszedł strach. Przez chwilę się bała.
Ale czego?
Archaicznego przekonania, że skoro zgrzeszyła, zostanie ukarana? A może zmyje z siebie winę?
Winę, za co?
Za to, że zdradziła Jana, czy, też może Zygmunta z …Janem? Westchnęła i spojrzała w oczy męża.
– Nie zmienię zdania – ściągnęła usta.
– Jesteś uparta jak osioł. Urodzisz jakiegoś potwora a ja ci nie pomogę…
Słowa nie do końca wypowiedziane zamieniły się w pałkę i waliły ją po głowie. I na próżno powtarzała sobie, że świat jest piękny. Nie był piękny. Nie dla niej. I jeszcze te wątpliwości. A jeżeli on ma rację, a jeżeli dziecko nie urodzi się zdrowe?
Nie, jednak nie ustąpi. Bez względu na konsekwencje urodzi to dziecko. Poza szarością życia nie widziała jak dotąd żadnego innego koloru. Widziała jedynie swoją samotność i brak nadziei na jaśniejszą barwę. Jakże jej ta nadzieja była potrzebna…
Jej kropla przynajmniej. Do tej pory czuła się taka bezwolna, obwieszona sznurkami do pociągania. Koniec z tym. Koniec z pesymizmem i paskudnymi myślami!
Ale to nie był koniec.
– Przyjeżdżaj, Tadziu w szpitalu – kabel telefoniczny zapachniał złowrogo. Wsiadła w pociąg. Wlókł się. Przymknęła oczy i odleciała w złe myśli. W końcu sen zamknął jej oczy. Kiedy się obudziła, pociąg był już w Krakowie. W pośpiechu sięgnęła po torbę. Na peronie czekał Tadzio. Pomachała mu ręką i podeszła szybko.
- Jaką miałaś podróż, siostra?
- To już za mną. Pomówmy o przyjemniejszych sprawach.
Rozległ się dzwonek komórki, grając Bacha. Sięgnęła do torebki i wydobyła aparat, zerkając na wyświetlacz.
- To Janek, powiedziała z lekkim skrzywieniem ust.
- Gdzie ty u diabła jesteś?! – mówił mocno podniesionym tonem.
- W Krakowie.
- Od kiedy?
- Od zaraz. Właśnie przyjechałam i jestem w objęciach Tadzia.
- W czyich??
- W Tadzia. Tadzio to mój brat, jakbyś nie wiedział – wyrecytowała.
- Przecież wiem, kim jest Tadzio – zniecierpliwił się na chwilę Jan. – Czy coś się stało Tadeuszowi? – dodał?
- A czy musi się coś stać, żeby zniknąć z domu? Ty już to powinieneś wiedzieć najlepiej. Masz to opanowane do perfekcji – powiedziała z przekąsem i zdenerwowała się na siebie. Niepotrzebnie jest taka kąśliwa.
- Jesteś Agatko złośliwa. Ja odwiedzam starą matkę i powinnaś to rozumieć.
Pokiwała głową.
- A ja młodego brata, który jest naprawdę chory i groby rodziców.
-  Mogłabyś przynajmniej mnie uprzedzić.
- Nie było okazji. Byłeś nieuchwytny – powiedziała cierpko.
- Jak to nieuchwytny?! A komórki są od czego?
Milczała przez dobrą chwilę. Przecież dzwoniła! I to wiele razy.
- Kiedy wracasz, Agatko?
- Dopiero przyjechałam. Jeszcze nie wiem – zawahała się. – Pa. 
Spojrzała na brata. Wydawał się zaniepokojony.
- Wsiadaj – powiedział, próbując wykrzesać z siebie, choć trochę optymizmu. Nie było go widać. Otworzył jej drzwi starego citroena. – To, jeszcze wyobraź sobie, jeździ. A teraz porozmawiajmy o polityce.
- Co się nowego urodziło, Tadziu? Teraz faktycznie żyje się tylko polityką i o niczym innym nie rozmawia, ale może to i dobrze, bo człowiek zapomina o innych problemach, o swoich problemach.
- No widzisz? Nie ma tego złego… – Znowu serial, tym razem –„Obrońcy krzyża”. Wcale nie śmieszny. Smutny. Podzieleni Polacy. Krzyż ich podzielił.  A jeszcze tak niedawno prawie wszyscy mówili jednym głosem.  – Puścił do niej oko i z piskiem użył hamulca. – A swoją drogą zrobiło się całkiem fajnie i wesoło. Polska polityka przypomina wypisz wymaluj brazylijskie seriale. – Roześmiał się. Nie był to wesoły śmiech. – Jutro mam operację, siostra – dodał, zmieniając temat.
Pokiwała głową. – Wszystko będzie dobrze…
Pogłaskał ją po opadających luźno połyskliwych włosach – Ładnie wyglądasz siostrzyczko. Więc powiadasz, że oczekujesz dziecinki? – Nie bardzo wiedział jak wejść w drażliwy temat, który przygonił Agatę na drugi koniec Polski.
Posmutniała w oczach. –   Ja Tadziu oczekuję, ale Janek…Janek nie chce tego dziecka.
- Ale dlaczego?! Nic z tego nie rozumiem. Jak można nie cieszyć się… – umilkł, spoglądając na Agatę. Wzruszyła ramionami. 
- Ja też tego nie rozumiem i zupełnie nie wiem, co mam dalej robić. Nogi mi się uginają, a ręce opadły już dawno. Zupełnie nie wiem, dlaczego wyszłam za mąż za tego człowieka. Jest mi tak źle…
Wtuliła się w szczupłe ramiona brata, które do tej pory były szerokimi barami. Jej brat był chory. Niebezpiecznie chory. Jak ich ojciec…
Tadeusz próbował ją pocieszyć. – Jak się urodzi dziecko…to wszystko może się zmienić. Zobaczysz…
- Nie, Tadziu. Wiem, że nie. To nie ten typ. Jego nic nie zmieni, chyba na gorsze …
Tadeusz posłał jej uważne, stroskane spojrzenie.  – Nie wiem, co powiedzieć – umilkł.
Rzeczywiście nie wiedział, co powiedzieć. Kiedy dotknął ręki siostry, zacisnęła mocno palce na jego dłoni, spoglądając mu w twarz, jak pies swojemu panu. Oczy Tadzia były niezwykle życzliwe, ale te oczy już gasły. Czuła to poza sobą, poza duszą, która krzyczała: Nie!  ŻEBY TYLKO NIC MU SIĘ NIE STAŁO!
- Nie patrz na mnie jak postrzelona sarna, na pewno wszystko będzie dobrze. – Musi być dobrze. Wszystko się ułoży, zobaczysz – powiedział z naciskiem, nie bardzo w to wierząc.
- Jasne, powiedziała i przez chwilę uwierzyła w to. – Musi być dobrze, bo już los dawał jej przecież coś w prezencie. – Przecież spełniło się jej najgorętsze marzenie o dziecku. Będzie mieć śliczne, zdrowe i swoje dziecko…
Motylki w brzuchu ożyły na moment.
                                                                               ***
Ale nie było dobrze. Zadudniło w głowie. To przerażenie.
Tadzio odchodził właśnie. Czuła to całą sobą. Całym swoim rozdygotanym ciałem. Umierał w wieku trzydziestu trzech lat wraz ze śmiercią swoich pragnień. Zaskowyczało w środku i już tak pozostało. Wydrążona pustka. Potrzebowała jakichś ramion, ale ich nie było. Ramiona Jana nie były tymi ramionami.
– Tadziu…Tadziu…Dlaczego i ty mnie zostawiłeś?
Ogromny ciężar napierał od środka na jej żebra. Gniótł. Mokre włosy przylepiły się do policzków, ze skórkowego płaszcza żałośnie skapywały łzy deszczu. Przeklętego deszczu. Wszystko było od niego lepkie, łącznie z rozumem. Wytarła dłonią mokrą twarz, wsiadając do samochodu.
– Przykro mi Agatko. Nic na to nie poradzisz – stwierdził Jan, spoglądają na nią niepewnie. Tak widocznie musiało być – dodał. I to było wszystko na co było go stać, a był to doskonały sposób, by przekonać samego siebie o słuszności tego, co mówi. I jeszcze dodał: - Muszę uważać na drogę. Jest tak ślisko…
Skuliła się na siedzeniu samochodu i zatopiła w oknie szybkie, pełne urazy spojrzenie, żegnając się z miastem. Czuła, jak zaciska się jej żołądek.
Wiatr wykręcał gałęzie drzew i jej myśli: Nie, wcale tak nie musiało być! Tak nie powinno być! Wcisnęła się głębiej w fotel, jednocześnie mając wrażenie, że rozleci się na kawałki z tego żalu. Beznadzieja.
Uchwyciła spojrzenie oczu Jana – dalekie, obce. – Jak się czujesz? – spytał.
Skruszyła zębami ból i połknęła go wraz z krzykiem, który podszedł do gardła. Teraz musi myśleć o sobie i o dziecku. Żyć bez stresów, bo to tylko szkodzi.
– W porządku – odpowiedziała.
Z westchnieniem odsunęła na bok poplątane warstwy wspomnień. Wytworzyła przestrzeń. Tak będzie lepiej. Lepiej?
– Ta przestrzeń boli – uprzytomniła sobie. Bardzo boli. Nie…to blizny bolą. Stare, ale świeże.
– Włącz jakąś płytę – powiedziała cicho.
Do uszu dotarły ciche tony Koncertu Mozarta. Myślami wróciła do czasów, kiedy razem z młodszym o rok bratem plątali się pod nogami rodziców, przeważnie mamy.
Mama…Zawsze uśmiechała się do tego wspomnienia. Pokój napełniał się wiosną, Jej zapachem,  muzyką.
Skurcz nagłej tęsknoty chwycił za serce. Gdyby tu była…
Tęskniła też za ojcem, którego nie pamiętała tak do końca. Pamiętała za to jego czułe słowa, kiedy brał ją za rękę i szli na spacer do lasu. – Moja ty królewno…mówił. – Jesteś piękną, mądrą dziewczynką, zrozumiesz, tatuś musi wyjechać. Na długo.
Nigdy już go nie zobaczyła. Umarł tak nagle, jak Tadzio. Mama załamała się kompletnie. Rok po śmierci ojca popełniła samobójstwo. Była wtedy straszna burza, padał deszcz i grzmiało, a ona sama była wówczas zbyt mała, by tak do końca pamiętać i przeżywać wszystkie szczegóły związane z tym nieszczęściem. Zapamiętała burzę i babcię. Była dobra i czuła, ale nie pachniała mamą. Mogła z nią jednak porozmawiać o swoich wątpliwościach i tęsknotach i miała ciepłe ramiona.
– Dziecinko…mama bardzo cię kochała, pomyśl tylko, a odnajdziesz ją zawsze w ciszy dnia i w ciszy nocy. Zawsze. Wystarczy pomyśleć – mówiła.
Jeszcze tej samej nocy przywołała mamę; JESTEŚ??
Odpowiedziała jej cisza, która rozrastała się. Spokojna cisza. I była w niej OBECNOŚĆ, która dotykała, przemawiała zapachem miłości. Potrzebowała jej już zawsze – najpierw jako niepewne, bojaźliwe dziecko, a teraz jako dorosła kobieta, do bólu samotna. W tej ciszy umiała się znaleźć – odszukać rodziców, a potem babcię, która ocierała jej łzy, tuląc do siebie, gdy trzęsła się ze strachu, gdy grzmiało, a po niebie rozlewały się błyskawice. A teraz nie miała już nikogo, ani nawet CISZY. Jej ciszy. Nie było też Tadeusza ani babci, która umarła tuż przed jej ślubem z Waldemarem.  
– Dziecinko…to nie ten mężczyzna, przestrzegała, kręcąc głową. – Nie będzie ci dobrze.
– Ten babciu…Ja go tak kocham.
Ale kochanie trwało króciutko. Przerodziło się w stres i szarpaninę. Czasami w nocy odnajdywała spokój, czy jego namiastkę. W ciągu dnia kuliła się ze strachu.
Waldemar szalał, rozbijając sprzęty, by w końcu paść na łóżko z głową na jej piersiach. Pijany. Nie mogła się nawet ruszyć, ani drgnąć, chociaż jego głowa uwierała jak kamień. Nie mógł się przecież obudzić. Cisza rozrastała się. Niedobra. Nie jej cisza, a duszne powietrze nad nią siniało ze strachu.
– Babciu, szepnęła w mrok. Miałaś rację. Nie jest mi dobrze. Tak się boję…
– Do kogo, kur… mówisz! – Waldemar przerwał jej ciszę brutalnie. Zepchnął z łóżka nogą, ale ten głos babci i tak nadleciał.
– To koniec twojego małżeństwa.
Skuliła się w kąciku ledwo oddychając. Rano spakowała się. Zostawiła kartkę, na której było tylko kilka słów i wsiadła w samolot, zagryzając zęby: Dam radę! Dam radę, powtarzała dwa słowa jak mantrę i tylko towarzyszyła jej rozdzierająca się myśl pełna żalu – to koniec.
I teraz też był koniec świata. Już nie było nikogo z bliskich. Wszyscy odeszli…
                                                     JEST SAMA.
I nagła myśl – dziecko! Będzie mieć dziecko. Nie powinna przeżywać stresów… A jeżeli dziecko nie urodzi się zdrowe?? A jeżeli Jan ma rację?
– Dojechaliśmy – poczuła na sobie chłodny dotyk oczu męża i zapadła czarno szara noc; przejmująca i słotna, a w niej popielate myśli otoczone mgłą własnego, ciężkiego oddechu.
Wśliznęła się do wanny i pozwoliła ciepłu wody ogrzać swoją duszę. – Muszę  porozmawiać z lekarzem. Muszę!
- Jan, zawahała się – jutro chciałam iść porobić badania…Podwieziesz mnie?
Stwardział jak skała i prawie się od niego odbiła. Przykra rzeczywistość. Głośna. Kąsająca. Tuż obok.
- Nie, nie podwiozę, jutro z rana wyjeżdżam do mamy – zaprzeczył gwałtownie. – Już obiecałem matce – dodał niedbale.
Poczuła się nieswojo i niezręcznie pod nieruchomym spojrzeniem jego oczu. Przesłaniała je powłoka szarego lodu.
Przejmujący chłód powędrował wzdłuż jej pleców i jednocześnie poczuła, jak ogarnia ją furia. Ale tylko w środku, w jej wnętrzu nagle rozedrganym. Nie widział jej. Nie mógł widzieć. Nic nie widział, nawet siebie. I do czego to doszło? 
Prawdą jest, że cały czas taki był, tyle, że ona nie chciała tego widzieć w łapczywym poszukiwaniu męża, zaślepiona jego dyplomem lekarza. – Bo i jak by to mogło być? – Człowiek wykształcony musi mieć choć trochę rozumu w głowie. Nawet na pewno go ma, myślała dawno temu, przyglądając mu się z uwagą. Chyba jednak zbyt krótko mu się przyglądała…Drań…pomyślała łykając ślinę. Gorzką.
 - Nigdzie nie pojedziesz!
Spojrzał na nią,  jakby ją widział po raz pierwszy w życiu. – Nie?
- Nie. Nigdzie nie pojedziesz – powtórzyła dobitnie. – Czuję się coraz gorzej, psychicznie również i nie powinnam być w domu teraz sama, a potem rób co chcesz! Zadzwoń do matki, czy też do kochanki, żeby się wstrzymały z bólami.
- Kochanki? Co ty bajdurzysz? Zresztą, zawahał się – nie chciałem tej ciąży…i dalej nie chcę! A ty moja droga zastanów się jeszcze. Coś wymyślimy. Nie musisz mieć tego dziecka. Wiem, że już za późno, aby usunąć płód, ale…zawsze można zostawić dziecko w szpitalu... - Językiem wypchnął policzek. 
Zamarła ze zgrozy. Wzbierająca w niej fala nienawiści skutecznie ją na moment obezwładniła. Drań! Poczuła dławiącą kulę bezradnej wściekłości. Odwróciła się tyłem i podeszła do okna, usiłując się uspokoić. Szalejący żywioł na zewnątrz, który się nagle zerwał dostosował się do jej nastroju, chłoszcząc szyby biczami deszczu. Z trudem przebiła wzrok przez wodnistą aurę burzy na zewnątrz.
- Co ty powiedziałeś?! – upewniła się, wracając do pokoju.
- Słyszałaś! Najlepszym i jedynym wyjściem z sytuacji będzie jak zostawisz dziecko w szpitalu – powtórzył.
Absurdalność tego pomysłu uderzyła ją z taką siłą, że opadła na krzesło, rozpaczliwie szukając jakiejś miażdżącej odpowiedzi, która by go starła w proch.
- Wynoś się!
Jan spoglądał na nią bez słowa.
- Wyjdź stąd!  Ukryła twarz w dłoniach a jej głos przenikał przez ciasno splecione palce. – Wyjdź! Chciałabym zostać sama   
To, co wyczytała w jego oczach, nie sprawiło jej przyjemności. Odprowadziła go skamieniałym wzrokiem i zamknęła oczy. Potem włączyła telewizor; polityka. Obrzydliwa polityka – znowu nagonka na mówiących nagą prawdę, na szczerych i inaczej myślących, Absurdalne stwierdzenia, urągające zdrowemu rozsądkowi.
Jak w moim życiu…pomyślała, gasząc telewizor i udając się do sypialni. Kiedy weszła do pokoju, Jan spał w fotelu z przekrzywioną głową. Chrapał. Nagle poczuła przeraźliwe osamotnienie. Okrągła studnia samotności. Opadła na łóżko. Leżała rozmyślając o tym, co było nie tak w jej życiu, może w jej zachowaniu? O tym, co może jeszcze się zdarzyć w tym absurdalnym związku, rozważając niedorzeczność całego swojego małżeństwa. Powinna się z nim rozstać…Dojrzewała.
Kiedy obudziła się rano, Jana już nie było. Wyjechał.  Ubrała się szybko i przywołała taksówkę. To, co usłyszała od lekarza wpatrującego się w monitor komputera, wprawiło ją w lepszy nastrój.
– Wszystko okay. Wyniki badań wspaniałe. A czemu ta smutna mina?
– Czy, czy…mogłabym się czegoś dowiedzieć, to znaczy, jąkała się. Mam obawy…Wiem, że robi się badania krwi na…na…
– Czego się pani obawia? – Młody lekarz uśmiechnął się przyjaźnie i zajrzał w jej spłoszone oczy.
– No nie…To nie tak!…Po prostu chciałabym… – umilkła.
– O co chodzi?
– Boję się, że dziecko, że dziecko…Bardzo się o nie boję.
– To znaczy? Ma pani jakieś poważne obawy, przesłanki? O co chodzi? Nie chce pani tego dziecka? Uniósł brwi do góry.
– Przeciwnie. Bardzo chcę. Ale chcę też dowiedzieć się coś więcej o tych badaniach.
– Jest to badanie pod kątem zespołu Downa lub innych aberracji chromosomowych. Rutynowo proponuje się ten test kobietom około czterdziestki, a pani…Ile pani ma lat?  Spojrzał w kartę i pokręcił głową. Są oczywiście jeszcze inne metody i we wcześniejszym okresie ciąży, ale wszystkie niosą jakieś ryzyko poronienia. – O co chodzi, skąd te przypuszczenia? Skąd te pytania?
– Nie…Właściwie nie mam żadnych obaw, poza tym, że mąż bierze sporo leków.
Uśmiechnął się. – Mąż jest chory? Czy to leki psychotropowe? Czy mąż leczy się psychiatrycznie?
– Nie. Oczywiście, że nie.
– A w pani rodzinie? Czy ktoś jest chory? Czy w rodzinie ze strony pani, czy męża, rodziły się dzieci z zespołem Downa?
Pokręciła głową. – Nie, niemniej jednak chciałabym coś wiedzieć o tej chorobie. – Upierała się. – Tak dla pewności… – Zaczerwieniła się.
– Zespół Downa jest chorobą genetyczną, spowodowaną obecnością dodatkowego chromosomu i zwykle pochodzi on z komórki jajowej matki. Bardzo rzadko zdarza się, że pochodzi z plemnika ojca. Nie widzę powodu do robienia takich badań. Musi pani wiedzieć, że amniopunkcja niesie niewielkie ryzyko poronienia i w związku z tym badanie to przeprowadza się przeważnie wtedy, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo urodzenia dziecka w ciężkim stanie. Niedogodnością jest również to, że wykonuje się to badanie dość późno, bo w 16-18 tygodniu jak już mówiłem, a na wyniki czeka się też bardzo długo. Zatem rozumie pani…
– Rozumiem. Tak tylko pytałam. Za nic w świecie nie chciałabym narażać mojego maleństwa bez potrzeby. Rozjaśniła się i momentalnie uspokoiła. Motylki roztańczyły się.
Lekarz patrzył z sympatią. – Proszę być dobrej myśli, dobrze się odżywiać i wyciszyć stres. Koniecznie! Dam pani kilka dni zwolnienia. – Koniecznie wyciszyć stres, powtórzył.
Zadzwoniła do Zygmunta. – Jesteś zajęty dziś po południu? Chciałam zjeść z tobą obiad i porozmawiać. Tam, gdzie ostatnio – powiedziała niepewnie.
- Jak się czujesz? – To były jego pierwsze słowa. – Wyładniałaś…Służy ci ta ciąża.
Ukazał w uśmiechu rząd doskonale równych zębów. Uświadomiła sobie, że dawno nie czuła się taka szczęśliwa i wystarczył jeden jego uśmiech. Przyjazny.
- Chyba coś zaczadziłeś…
- Nie zaczadziłem – roześmiał się. – Wyglądasz kwitnąco. Mógłbym na ciebie patrzeć w nieskończoność. Chwilę bawił się widelcem. – Twój mąż nadal nie chce dziecka?
- A jak sądzisz?
- Sądzę, że ciężarnej żony nie zostawia się tak często samej. Znowu wyjechał??
Nagle posmutniała, zapiekły ją oczy i odezwała się jakaś nienaturalna rozpacz, skupiająca całą beznadziejność sytuacji. Jaka szkoda, że poznała tego wspaniałego mężczyznę o wiele za późno. O wiele…A teraz już nic nie może zrobić i na dodatek wcale nie ma pewności, czy to dziecko Jana…Gdyby wiedziała…Gdyby miała pewność…
- Proszę cię nie mówmy o moim mężu do diabła! Nie jesteś w stanie nic na to poradzić. Jest, jak jest i muszę przez to przejść. Sama! – dodała z wypisaną na twarzy determinacją.
Zatopił niespokojne spojrzenie w jej uciekającym wzroku. Niech to licho…pomyślał. Zupełnie niepotrzebnie przywołał to smutne spojrzenie na jej twarz, jeszcze przed chwilą tak bardzo pogodne. – Agatko…
- Cudowny z ciebie mężczyzna, ale!
- Ale go nie zostawisz…Czy tak? Czy to właśnie chciałaś powiedzieć?
- Otóż, nie! Właśnie zdecydowałam. Odchodzę od Jana. To już koniec.
- Naprawdę? – wyjąkał zupełnie zaskoczony.
- Naprawdę. A teraz muszę już iść…
 Słońce świeciło niezwykle jasno, po wczorajszej burzy nie zostało nawet śladu. Ubrała ciemne okulary, które wyszperała w torebce. Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do mijającego ją mężczyzny. Jej oczy promieniały uwolnionym mrokiem, który kończył swój żywot w obudzonej nadziei i będąc nieledwie pyłkiem otaczającego świata. Radosnego już.  
Jestem?? – zapytała siebie.
Jestem – przyleciała odpowiedź. 
Będę mieć DZIECKO, zdrowe dziecko, a Jan…niech idzie do diabła!