wtorek, 15 kwietnia 2014

" Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana"

Koloryt pisarskiego życia niweluje odcienie szarej rzeczywistości. Jakże często siadam do komputera i żyję życiem swoich bohaterów. Wierzcie mi, że to piękna sprawa. 
Nie będę opisywać swojej nowej powieści, szóstej,( kryminał!) bo gdy już ją skończę nie będzie ciekawa dla nikogo.

"KAŻDA KSIĄŻKA ŻYJE TYLE RAZY, ILE RAZY JEST PRZECZYTANA".

Poniżej zamieszczam swój debiut literacki, do której to książki zawsze wracam z przyjemnością, śledząc dzieje swoich bohaterów, których zdążyłam pokochać  mimo ich wad. Jak swoje dzieci. Wszak są nimi, to ja je stworzyłam, ulepiłam ze swoich myśli, marzeń, z zasłyszanych i własnych historii.
Fragment powieści: ": Szansa na szczęście".


"Niebo rozdarła pierwsza błyskawica, a następnie rozległ się potężny grzmot. Upłynęło parę sekund, zanim zdała sobie sprawę, skąd ten ogarniający ją niepokój, a kiedy zrozumiała, znajome uczucie wielkiej straty napłynęło falą do jej serca – mama…Był taki sam dzień, gdy„ odeszła”. To było tak dawno…Uruchomiła wehikuł czasu, włączyła w nim wsteczny bieg. MAMA... Szczupła, ciemne loki, duże niebieskie oczy. Patrzą na nią zamglone, zapłakane, na małą dziewczynkę ze śmiesznymi warkoczykami.

– Czemu płaczesz mamusiu?

– Nie płaczę – powiedziała i wyszła. Zrobiło się mroczno i zimno. Przylepiła nos do szyby – mamusiu…Za oknem padał deszcz. Wielkie krople rozmazywały się po szybie. Ściekały jak jej łzy. Łzy małej dziewczynki. Bezradne. – Mamusiu…

Nadchodził wczesny, o wiele za wczesny zmrok. Zrobiło się czarno, ani jednej gwiazdki, ani krzty nadziei.– Mamusiu…– zawołała rwącym głosem. Ale ona nie usłyszała jej krzyku rozpaczliwego, jej szlochu. Odeszła w tę ciemność nieświadoma jej strachu. Nieświadoma niczego. I zrobiło się strasznie cicho. Coś wisiało w powietrzu. Jej szybki wystraszony oddech, mokry od płaczu? Nie, to ta cisza, która wydawała się nie odchodzić, wtopiona w jej strach bezwolny – zwiastun nieszczęścia?

– Mamusiu…mamo…Oddech zamarł w oczekiwaniu.

– Mamusiu…u…u…

Słowo odbiło się echem jak fala uderzeniowa po przekroczeniu bariery dźwięku.

– Dziecinko, chodź…

Ciepłe ramiona babci. Zmęczone, wiotkie jakieś. Nie ten głos i daleki, stłumiony grzmot. Wszystko było niesamowite; dziwne światło zachodu, dziwne dźwięki rozmów, wyciszone, niepewne, i to spojrzenie babci, ten grymas na jej twarzy, oczy pełne żalu.– Chodź maleńka…

– A mama?

Pomruk za oknem, zalane szyby i zgarbione ciało babci. Skurczone w bólu?
Agata westchnęła cichutko. Dlaczego wciąż to bolało, uwierało myślą? Zresztą bolało prawie wszystko. Myśli galopowały jej przez głowę – żyła z dnia na dzień, czekając, aż coś z zewnątrz lub w niej eksploduje, nada sens życiu, a jej marzenia stopniowo uciekały. Wyczerpały się pomysły, strategie, inspiracja. Zostało jedno – głęboko zakopane: Motylki w brzuchu, dziecko!"