czwartek, 22 listopada 2012

Moja nowa powieść

Moja najnowsza powieść psychologiczno obyczajowa:" Co ja tu robię?" ukaże się w grudniu tego roku.
Poniżej zamieszczam projekt okładki. Chyba niezły??



 Urywki powieści „Co ja tu robię?”



" Westchnęła. Dzieciństwo nigdy nie wróci, nie wróci Heniek i nie wróci też Krysia. Zaszyła się gdzieś na końcu świata i nie daje znaku życia. – Bulo, Bulo!
Dlaczego tak się zacięła?
Co się stało z ich piękną przyjaźnią?
Czy można z dnia na dzień pozrywać wszystkie więzy?
Czyja to wina?
Jej?
Moja?
Pewnie tak…
Nosiła w sobie wielką dziurę, przez którą przelatywało wszystko, co było pewne i mogło być dobre?
Tylko dlaczego?
Skąd ta dziura?
                Ciężko wstała z łóżka i zaczęła nerwowo przechadzać się po pokoju. Otworzyła okno balkonowe i na chwilę wyszła na zewnątrz. Balkon dawał złudzenie ogrodu. Było na nim nie mniej kwiatów i to przeróżnych, jak na rabatkach ogrodu mamy, tyle, że były inne. Przeważały czerwone i amarantowe pelargonie, surfinie w wielu kolorach, przeplatane niebieskawym mniszkiem. Po specjalnych kratkach z drewna piął się kwitnący na czerwono i biało bluszcz.
Na malutkim stoliczku, który imitował starodawny stylowy stolik dziadka, stał żółto kwitnący miłorząb dwuklapkowy. Tu przysiadała zwykle, tu oddychała, tu wracała do życia. Kiedyś…
                Kiedyś, lubiła chwytać każdą chwilę jak dobre rześkie powietrze, które napełniało pozytywną myślą. Teraz już tego nie potrafi; brakuje Krysi, brakuje też i Zbyszka, niestety, z którym definitywnie się rozmówiła i zniknął z dnia na dzień z jej życia, jak siostra, i tęskni za nim podobnie jak za Krysią, źle się czując w tym swoim oddaleniu.
Bo i jaka to jego wina, że był chory?
Alkoholizm, to przecież choroba…
Cios zwątpienia obuchem po głowie.
Czy przestaje się kochać swoje dziecko, dlatego, że jest chore?
(?)
Nie było z nim życia, prawda, i kto nie przeżył tego, ten nie wie…
A jednak brakuje usprawiedliwienia.
Myśli tłuką się po skołatanym mózgu.
Zaczepiają.
Nie dają spać. To własne sumienie nie pozwala spać.
Wypłacz się, posłuchaj swego szlochania – to uspokoi.
Nie uspokoiło.
Miała delikatny charakter mamy, skłonny do depresji? Coś w tym było… a może tylko to, że…
Że sama wykuła sobie taki podły los?
Na własne życzenie!
Mamę złamało życie.
A ją??
Też życie złamało.
Jest podłe i wcale nie takie piękne, jak mówią.
Piękne są tylko chwile…
No właśnie. I to jest ta chwila, że dostała rozwód; trudno nazwać – piękna, bo jak o rozwodzie można myśleć inaczej, jak o nieszczęściu? To trauma!
Piękne może było to jedynie, że Zbyszek nie targował się.
O nic.
Wyszedł z domu z jedną walizką, opuszczoną głową, jak człowiek przegrany.
Był przegrany.
                - Źle robisz – powiedział na koniec. Kochałem cię!
Popatrzył na nią z trzeźwą powagą. W zielonych oczach było morze… rozpaczy?
Poczuła w sobie pustkę, cień niepewności, ale i lekkość – na chwilę – na jedną małą chwilę – jest wolna od pijanych strachem nocy!
I olbrzymią tęsknotę za tym, co było dobre, bo było. Czasami…
                - Kochałem cię…
Ale czy dało się z tym żyć, z tym jednym pięknym i prawdziwym wyznaniem i całą straszliwą zapijaczoną resztą, która miała oczy strachu?
                Wykrzywiła usta w podkówkę. Sama wykuła sobie taki podły los, gdzie już brak miejsca na radość, czy szczęście. Jest zepchnięta poza burtę życia, już się nie upije radością.
                 I tylko umysł błądził jeszcze pośród pragnieniem, a myślą poważniejszą już, głębszą, sprawiającą tylko kłopot? – Te oczy zielone jak trawa. Gdyby nie robiły się białe…
                 I na straży niemal każdej nocy trwał WYRZUT i wyczerpywała ta walka ze sobą, ze swoimi skulonym myślami.
Czy ja nie kochałam wystarczająco mocno, żeby wytrwać?… miłość albo jest, albo jej nie ma… No tak, to prawda.
Jeszcze tylko echo czasami przynosi jego głos z powrotem – kochałem…
I brak ciszy ukojenia. ”



             „To było zaraz po śmierci Teresy. Załamał się, ale przecież nie z tego powodu, że ona umarła. Zabił człowieka, małą dziewczynkę, stawiając błędną diagnozę. Wrócił wtedy do domu i wirowały ściany, potem zwaliły mu się na głowę. Przygniotły. Skłębiona masa bólu i ciemności. Pokuśtykał do łazienki na chwiejnych nogach. Włożył głowę pod zlew i puścił na nią zimny strumień wody.
Spojrzał w lustro – zaskoczył go widok własnej fizjonomii: wystraszonej, wymizerowanej, z nabiegłymi krwią oczyma. Z oddali na tafli lustra odbite, jak wyrzut, spoglądały na niego oczy nieszczęśliwej kobiety – matki. Spryskał twarz jeszcze raz zimną wodą. Nie pomogło. Oczy patrzyły nadal. Umysł zalała fala strachu – Jak z tym żyć?
Sięgnął po butelkę. Chichoty. Szepty. Zesztywniał. Był zmęczony do granic, było mu duszno i nie chciało się nic. Wieczorna scena, tani spektakl powrócił do oczu i spłynął do gardła kluchą. W ciele chaos. On sam, włączony w szeroki pejzaż, a jego oczy patrzą ze środka pustyni, zagrzebane w piachu. Obok niewinne oczy dziewczynki. Łzawią…
Wyrzut ścisnął mu się w gardle w węzeł – zaraz go udusi i skamląca w głowie jedna myśl: ZABIŁEM dziecko.
                                                Jak z tym żyć?!
I nagle zapragnął się ukarać, zadać sobie ból, roztrzaskać sobie głowę i wykrwawić się w karze. Sięgnął po butelkę, pociągnął z niej spory łyk, potem następny i rozłożył się na kanapie. Może będzie lżej.
A gdzież tam!
Myśli dudnią wprost w głowie, chcąc się wydostać przez ściśniętą kleszczami bólu czaszkę. Już nie może tego znieść. Patrzy w okno. Wszystko wiruje.
Deszcz spada z drzew razem z liśćmi. Mogłyby być jego łzami. Nie były. Nie umiał płakać. Dzień zatracił kształt i formę. Drżą ręce. Pieką oczy. Wszystko pulsuje.
Przespać to, przespać…
Tylko jak? "
Jasność tego, co się stało, przytłacza zupełnie, a w uszach brzmi skowyt kobiety.
- Mojeeeee dziecko…. Moje dzie… cccc… kkk… oooo…
Wlekły się za nim ciężkie głoski i choć wybrzmiały, nadal cedziła słowa drgająca cisza nadętego od bólu pokoju, pytając go bezustannie; co określa cenę wybaczenia sobie?
Czy można sobie wybaczyć?
Jak można nie rozpoznać prostego wyrostka?
Prawda, że to był jakiś zupełnie nietypowy przypadek, nic nie wskazywało, ale jednak po to tyle lat się uczył, żeby wiedzieć, żeby rozpoznawać nawet trudne i nietypowe przypadki!
I z każdym dniem był coraz bliżej strachu, czuł JEGO oddech, dotykał go spocony nagle i sięgał raz po raz po butelkę. Pomagało na chwilę, a kiedy trzeźwiał, znowu ze zdwojoną siłą odczuwał brak spokoju, perspektywy, równowagi, także wyczucia tego, kim jest.
             Czas nie chciał leczyć, otwierał oczy, szczególnie nocą, a świt je zamykał, targając myśli. Wpadał głową w głęboką studnię nienawiści do samego siebie. Dosięgał dna, zamknięty we własnej udręce.
Nie pomógł Teresie, a teraz zabił małą dziewczynkę…
Chwiejny krok ku nadziei. – Ojcze… pomóż – wychrypiał, klękając. – Co cię nęka mój synu? – usłyszał.
Wyprostował plecy, kiedy kapłan z powagą spojrzał w jego rozbiegane, zmęczone źrenice i czuł się przez moment prawdziwy, mniej winny, ale trwało to chwilę, jak i ten arktyczny spokój.
Mrok zadomowiony w sercu pozostał. Ba! Rozgościł się, i jeszcze bardziej kulił się z poczucia winy, poraniony w środku, jakby był pełen szkła. Bo był. Co i rusz próbował wyrzucić z siebie pęczniejący koszmar, ale jak?
Alkohol zupełnie nie pomagał. Słowa przyjaciół – lekarzy, jeszcze mniej.
 To nie twoja wina… po prostu rozlał się wyrostek… To był przypadek. Nikt nie przypuszczał…
Przypadek… Jaki przypadek? Jaki ze mnie lekarz?
Sięgnął po morfinę i strzykawkę. Pot strachu od wewnątrz. – Tak będzie najlepiej…
Agusia, moja Agu… wypowiedział na głos jej imię, po czym ukrył je głęboko w sobie. Tak trzeba. Teraz można się nawet zajarać.
Jest życie i jest śmierć. Ona nie przeraża.
Tak, czy tak, kiedyś ten podły świat szlag trafi. Za tysiąc lat, czy może za sto tysięcy lat. Nieważne. A czas pobiegnie dalej. Ale najpierw zamknie się za każdym i za wszystkim. Wszystko do dupy. Spojrzenie w lustro. – Zapadnięte oczy. Ledwo co widzą, ledwo postrzegają. Wszystko bez sensu.
                                   Powinien do niej napisać. Tylko po co?!
Są pytania na które nie ma odpowiedzi i tylko czasami narasta myśl, jak kłąb w głowie. Gęstnieje.
Może to strach gęstnieje?
Pewno strach.
I huczy w głowie. I ten wiatr za oknem jak wyjec. Panika wciąż się czai, czekając. To śmierć się czai…
Biała magia.
Mrok.
Agnieszka… musisz wiedzieć, że zawsze cię kochałem… Ona musi to wiedzieć!
Oparł kartkę o jej zdjęcie oprawione w kunsztowną ramkę, którą po śmierci żony postawił przy swoim łóżku. Przeważnie zasypiał z jej obrazem. Nie marzył, nie tęsknił. Nie umiał. Ona gdzieś tam była, daleko. Nieosiągalna.
Ale była! Wciąż była! ”

„Wykrzywiła w grymasie usta. Wsiadła w samochód. – Krysia… błagam cię, przyjedź… Przyjedź szybko. Wciągnęła gwałtownie powietrze. Brak wiary rozrywał mózg. Rzeczywiście łatwiej jest ludziom głęboko wierzącym, pomyślała, nasłuchując jednocześnie każdym nerwem ciała, co robi ojciec. Z jego pokoju dobiegała niepokojąca cisza. Była teraz jak liść zerwany przez wichurę z drzewa, który nie wie gdzie opaść. Jej biedny, udręczony ojciec też nie wiedział, targany w różne strony – w prawo i w lewo, w górę i w dół. Tylko jedna Krysia była jak skała. – Przyjedź Krysiu… Błagam… Boże, pomóż…
Podeszła pod pokój ojca, chwilę postała pod drzwiami.
- Śpisz, tato?
Odpowiedziała jej cisza. Wiedziała, że nie śpi. Przez zamknięte drzwi odbijało się echo jego bólu. Skoczyło jej do oczu.
Powolnym krokiem weszła do swojej sypialni. Położyła się. Niebo za oknem miało kolor atramentowy, gdzieniegdzie tylko, między upiornymi chmurami pojawiały się gwiazdy i szybko gasły.
W kilka minut przyszedł sen? Na moment uwięził ciało.
Przebudziło ją uczucie dziwnego niepokoju. Może nie tyle się bała, ile poczuła się nieswojo. Spojrzała w okno – była głęboka, ciemna noc i nagle oślepiające światło zalało mózg i niosło w jarzeniowej przestrzeni, niosło w niekończącym się tunelu blaskiem i  przeciągiem. Niosło ostatnią myśl jej mamy – Aniu… chcę zobaczyć Krysię… Chcę ją prosić o przebaczenie i było to coś na kształt przekazu telepatycznego, czy uderzenia obcych wibracji, wędrowało wprost do jej mózgu. Próbowała się blokować, ale energia ta, wnikała w nią...była mocniejsza, niż myśl. Wsiąkała w mózg.
Usiadła wyprostowana jak struna w gitarze i przez chwilę mrugała oczami. Bóg… Przesłanie… Wiara…
- Tatusiu… – weszła do jego pokoju. Nie spał. Siedział na łóżku z nisko opuszczoną głową, z ramionami pochylonymi jak dwie witki wierzby. – Właśnie umarła mama – powiedziała rozszlochanym tonem.
Kiwnął głową a łzy popłynęły potokiem po jego twarzy. Zalały ją. – Wiem…– wydusił z siebie. – Wiem, dziecko. Krysia już nie zdąży się z nią pożegnać. Taka szkoda, tak na nią nasza mama czekała i tylko to trzymało ją przy życiu. Powiadom Zgromadzenie, Agusia. Niech wiedzą – wycedził łkającym tonem pełnym urazy. Zapatrzył się w spadające gwiazdy.
Nic nie odpowiedziała. Otarła łzy toczące się po policzkach.
- Niech im ich Bóg wybaczy – powiedział po długiej chwili milczenia. – O ile Bóg istnieje, w co, coraz mocniej wątpię. Przecież ja też do nich dzwoniłem, jak tylko mama znalazła się w szpitalu… Dzwoniłem, Agusia, dzwoniłem…
- Istnieje, tato. Na pewno Bóg istnieje. I wie, co robi – powiedziała niepewnym głosem.
Milczał głucho z zaciętym wyrazem twarzy. – A ty, moje dziecko, od kiedy zrobiłaś się taka wierząca?! Irracjonalnie łatwowierna i wbrew rozsądkowi? – spytał po dłuższej chwili gorzkim tonem.
Skrzywiła się zakłopotana. – Szukałam swojej drogi aż do udręki, zderzając się z majakami moich pustyń i doszłam do wniosku, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Wszystko się wymyka spod kontroli mózgu, gdy jest niezdolne do ofiary, gdy nie ma w naszym życiu Boga – powiedziała cicho. – Krysia miała chyba rację – dodała.
Zagryzł zęby. Milczał. Serce waliło mu jak młot. Łomotało tak strasznie, że był pewien, że zaraz będzie miał zawał.
Nie, musi jeszcze pochować Marię… ŚCIĄGNĄĆ Krysię…. Poprosić ją w imieniu matki i swoim, o przebaczenie! Wszystko w życiu ma swoją cenę i konsekwencje, a słońce wstaje wczesnym rankiem dla każdego, nawet dla tych, którzy nic nie rozumieją…
Z drugiego pokoju dochodziło szlochanie skrzypiec.
Pokiwał głową – graj Agunia… graj…”